Print This Post Print This Post

Su IPN, sulla lustracja e sul mestiere dello storico

Kiedy historyk może być ścierwojadem
Istniejący dziś podział na “historyków z IPN” i “nie z IPN” jest chorobliwy. Psuje naukę. Potrzebna nam publiczna dyskusja na temat kanonów, których powinniśmy się trzymać – mówi prof. Karol Modzelewski, Rozmawiał Adam Leszczyński, Gazeta Wyborcza 2009-04-24
Adam Leszczyński: Co zrobić z IPN? Pytam pana, bo jest pan nie tylko historykiem, ale także bohaterem opozycji w PRL, na którego na pewno napisano ocean donosów.
– Prof. Karol Modzelewski: Nie czytałem swojej teczki. Czytam jednak właśnie w maszynopisie książkę Andrzeja Friszkego o Jacku Kuroniu, w której oczywiście jest bardzo dużo także o mnie. Ponieważ Friszke korzystał z materiałów w IPN, jest w niej również wiele o donosach. Nie przypuszczam, że to już wszystko, co na mnie napisano, ale wystarczająco wiele.
Muszę się przyznać do nietypowej reakcji. Kiedy zatrzymano nas pierwszy raz, w listopadzie 1964 r., bezpieka odebrała nam to, co później odtworzyliśmy i napisaliśmy ponownie jako “list otwarty do partii”. Był to manifest, który miał być przeznaczony do podziemnego kolportażu i prowadzić – w moim ówczesnym przekonaniu – do powstania ruchu rewolucyjnego w środowiskach robotniczych i studenckich. Na pewno śmiesznie to dziś brzmi, ale wtedy traktowałem to ze śmiertelną powagą.
Zdawałem sobie sprawę, co ryzykuję. Dlatego, kiedy pewien ubek powiedział mi na przesłuchaniu: “Panie Modzelewski, taką konspirację to wziąć i o dupę potłuc”, bardzo mnie zabolało. Bo wiedziałem, że to prawda.
Wpadliście z Kuroniem przez donosiciela, prawda?
– Przez donosicieli. Wyróżnił się zwłaszcza jeden, usytuowany w najściślejszej grupie dyskutującej nad tym manifestem. Dziś już nie żyje. Był to człowiek o ciekawej biografii: za okupacji w Szarych Szeregach, siedział po wojnie i po wyjściu z więzienia trafił do bezpieki.
Ta sytuacja psychologicznie wydaje mi się zrozumiała. Po więzieniu człowiek myśli, że już najgorsze minęło, ale pamięta swoje przejścia i się boi. SB łatwo go mogła przycisnąć.
Kiedy czytałem jego donosy, które cytuje Andrzej Friszke, nie mogłem się powstrzymać od myśli: “jakby tego człowieka nie było, nie byłoby fantastycznych źródeł”! Spojrzałem na to z punktu widzenia Andrzeja, który pisze o całej sprawie. Naprawdę bez tego donosiciela byłoby mu dużo trudniej.
Historyk jest ścierwojadem. Czyta np. cudzą korespondencję bez zezwolenia zainteresowanych. Tyle tylko, że zazwyczaj nadawca i odbiorca od dawna nie żyją, więc problemu moralnego z tym nie ma.
Czyli akta bezpieki to świetne źródło, a historycy z IPN robią świetną robotę?
– To są źródła trudne… Zrobił na mnie wrażenie Lech Kaczyński, który powiedział dziennikarzom po przeczytaniu swojej teczki: “To jest ubecka wizja świata”. Lech Kaczyński jest prawnikiem, nie historykiem. Użył słów nieprofesjonalnych, ale powiedział coś, o czym każdy historyk powinien pamiętać: że akta SB to informacje zebrane w esbeckim kodzie komunikacyjnym, czyli w kodzie kultury, która jest Lechowi Kaczyńskiemu obca. Tak to należy przetłumaczyć na terminologię badacza.
Donoszący na Kaczyńskiego informatorzy pochodzili najprawdopodobniej ze środowisk żoliborskiej inteligencji sympatyzujących z opozycją. Ubek zapisywał to, co mówili, ale przekładał to na język swojej kultury. Jak ktoś mówił coś o Marcu 1968 roku, to ubek zapisywał to w języku propagandystów – Gontarza czy Kąkola. Bo to był język jego środowiska, język używany na szkoleniach. Wypowiedzi jakiegoś nieszczęsnego inteligenta, który nie miał charakteru albo był podatny na szantaż, są zapisane językiem, którym ten człowiek w ogóle nie mówił! A język to nie tylko forma, ale i treść wypowiedzi.
W wypadku konfidenta o pseudonimie “Wacław” – który donosił na Kuronia i na mnie – szczęście historyka jest podwójne. “Wacław” był przenikliwym socjologiem, a ubek miał tyle inteligencji i dystansu, żeby zapisać to mniej więcej tak, jak “Wacław” mówił. Ale to był zbieg okoliczności, bo zasadą w tej służbie było to, że konfident mówi, a oficer pisze po swojemu.
Czyli trzeba esbeków traktować tak jak – za przeproszeniem – starożytnych Greków albo średniowiecznych barbarzyńców, których pan bada?
– To elementarz! Między ludźmi są różnice kulturowe. SB miała swoją subkulturę.
Miała także wewnętrzne, niejasne dla historyka, reguły gry i rozgrywki.
Wśród dokumentów, które cytuje Friszke, były doniesienia tzw. agentów celnych: kapusiów, którzy ze mną siedzieli i relacjonowali, co rzekomo w celi mówiłem.
Jak pierwszy raz byłem w więzieniu, byłem może zielony, ale nie na tyle, żeby nie rozumieć, że ze mną może siedzieć kapuś i że może tam być podsłuch. O pewnych rzeczach nie mówiłem.
Siedział ze mną w pierwszej celi facet, który był lekarzem z powiatowego szpitala. Jak się okazało, uprawiał zawód bez dyplomu. Przesiedziałem z nim kilka miesięcy. Cały czas donosił.
W donosach opowiada, jakobym przy kolportażu “listu otwartego” dał jedną kopię docentowi Stanisławowi Frybesowi. Był to historyk literatury, znajomy mojej matki. Też go znałem, ale miałem do niego stosunek – niech wybaczy, że to powiem, ale byłem wtedy zapalonym, fanatycznym gówniarzem – w najwyższym stopniu lekceważący. Frybes nie był dla mnie materiałem na rewolucjonistę. Każdy z 14 przepisanych na maszynie egzemplarzy “listu otwartego” był dla mnie skarbem, którego Frybesowi bym w życiu nie dał. Zrobili zresztą u niego rewizję i nic nie znaleźli. Nie wiedziałem też, że jest docentem.
Spotkałem go w Pałacu Kazimierzowskim w dniu, kiedy rozprowadzałem list na uniwersytecie, 18 marca 1965 roku, i to mogło być odnotowane przez SB. Ale skąd konfident z celi znał nazwisko Frybesa? Skąd wiedział, że Frybes był docentem, skoro ja tego wtedy nie wiedziałem?
Mógł to wiedzieć tylko ubek, który potrzebował podkładki, żeby założyć Frybesowi podsłuch czy sprawdzać mu korespondencję.
Czyli ten dokument, autentyczny, spisany z informacji autentycznego kapusia, zawiera treści świadomie fałszywe, skomponowane przez oficera bezpieki.
Historyk z IPN powiedziałby pewnie panu, że pan po prostu nie pamięta, a dokumenty nie kłamią.
– Jasne… Po co więc ten sam oficer na podstawie rzekomych wypowiedzi tego samego kapusia z mojej celi zapisał, że coś knułem razem z prof. Bogusławem Leśnodorskim, o którym wiedziałem wówczas tylko tyle, że taki człowiek istnieje?
Może znał go pan. Tylko dziś się panu – z całym szacunkiem – myli…
– Leśnodorski to w dodatku historyk, i to bardzo wybitny. Nie pamiętam, że go nie znałem? Niech pan nie żartuje.
Może po prostu źródłom SB łatwo dać się uwieść? Część mojego doktoratu oparta jest na źródłach z IPN. Pamiętam, że czytanie dawało przyjemne, może nieco szczeniackie, poczucie wtajemniczenia…
– Kiedy siedziałem w kryminale, moi koledzy, więźniowie kryminalni, opowiadali taki dowcip: „Szedłem drogą i zobaczyłem, że na płocie było napisane »dupa «. Pogłaskałem i drzazga mi się wbiła”. Sens był taki, że nie wszystko, co napisane, jest święte.
To powinno być motto ostrzegawcze dla wszystkich historyków, którzy będą badali tajne dokumenty. Tajność nie jest rękojmią prawdy.
Może więc te papiery zamurować na 50 lat?
– Skąd, to bardzo ważne źródła. Historyk zawsze się zbuntuje przeciwko takiemu pomysłowi.
Rzecz polega na tym, że ludziom z IPN – a może w ogóle historykom XX w. – na ogół brakuje podejścia antropologicznego. Ono jest potrzebne nie tylko komuś, kto się zajmuje – tak jak ja – barbarzyńcami w średniowieczu albo Murzynami, na których polowali kolonizatorzy.
Różnice kulturowe występują także w naszym społeczeństwie. One nas dzielą i prowadzą do nieporozumień między ludźmi. Na to ci historycy, którzy się zajmują XX w., rzadko są uwrażliwieni.
Czytają akta i wierzą, że w nich po bożemu zapisano, jak było? Chyba, mimo wszystko, nie jest aż tak źle.
– Inaczej. Czytają i myślą: “Po co esbek miałby kłamać?”. Jak ktoś jest bardzo głupi albo bardzo demagogiczny, to powie: “Przecież bezpieka sama siebie by nie okłamywała”.
To akurat powiedział człowiek niegłupi, ale był to chwyt demagogiczny. Bezpieka nie była osobą, tylko skomplikowaną instytucją – siecią relacji międzyludzkich. Działała wśród innych wielkich instytucji i prowadziła bardzo różne gry, wewnętrzne i zewnętrzne. Okłamywała “wewnątrz” bardzo różnych ludzi, zaczynając od przełożonych, co w każdym urzędzie zdarza się notorycznie i nikogo nie powinno dziwić. Historykowi bardzo trudno jest dziś poznać mechanizm wewnętrznych intryg i kontekst kulturowy, a bez tego trudno jest na takich źródłach pracować.
Mówię to, znając te okruszki źródeł, które wpadły mi w ręce.
Może więc instytucja, która je przetwarza, jest wadliwa? Wrócę do pierwszego pytania: co zrobić z IPN?
– O tej instytucji najchętniej bym pomilczał. Nie chcę powiedzieć, że to już jest trumna i można nad nią tylko milczeć. Moim zdaniem to nie trumna, tylko kanał, w który się wpuściła polska polityka ze szkodą dla polskiej historiografii. A szkoda jest tym większa, że w IPN znajduje się bardzo ważna część źródeł do historii Polski XX wieku.
Winna jest polska polityka, która ustawiła IPN w takiej roli, wikłając w polityczną grę o lustrację. Nieszczęściem jest też połączenie pod jednym kierownictwem instytutu naukowego z prokuraturą.
Prokuratura jest organem ścigania. Przepraszam, że używam tego terminu, ale to termin prawniczy. Jeżeli historycy pracują w organie ścigania, nie powinni się dziwić, że im się wymyśla od policjantów pamięci. Pracują w firmie, która jest tak postrzegana. W pewnym sensie szkoda, bo poszło tam wielu zdolnych ludzi.
To jest toksyczna sytuacja.
Demoralizująca?
– Uwikłanie w politykę niszczy zawodowo historyka. Mówię to, chociaż nie ma historiografii obiektywnej. Każdy historyk, gdy formułuje jakieś twierdzenie, z chaosu elementarnych informacji wybiera te, które uznaje za ważne. Potem łączy je w sensowne całości, zwane potocznie faktami. A co to jest ocena ważności? Sąd wartościujący!
W naturę tego zawodu wpisane jest wartościowanie i konflikty wartości. Ale to nie jest równoznaczne z przyzwoleniem na angażowanie historiografii w grę polityczną.
Chyba nie jest jednak tak, że wszystkie książki historyczne są równie dobre? Kiedy magister Zyzak pisze, że Wałęsa miał nieślubne dziecko, opierając się na anonimowych relacjach składanych 30 lat później, to uprawia historię równie dobrą jak – przepraszam za takie porównanie – pan?
– Niech mnie pan nie pyta o Zyzaka, bo jego książki nie czytałem i nie zamierzam. Grzebanie w prywatnych sprawach będzie istotne może za sto lat. Dzisiaj jest zwyczajnie nieprzyzwoite. To kwestia etyki zawodowej i obyczaju. W obyczajowości stabilnych, cywilizowanych krajów to się nie mieści.
Jerzy Urban, gdy pracował w latach 50. w “Po prostu”, dał w Krakowie ogłoszenie, że jest agentem matrymonialnym i wydaje kobiety za mąż do Australii. Przyszedł tłum kobiet. Urban nagrał je na magnetofon i co smakowitsze kąski opublikował. Wynikła chryja, wskutek której Urban dostał zakaz publikowania pod nazwiskiem na czas dłuższy.
W tym wypadku Polska Ludowa – ze swoimi dzikimi zwyczajami, zgodnie z którymi można było dać komuś zakaz publikacji – okazała się bardziej cywilizowana niż nasza Rzeczpospolita, bo teraz takie rzeczy robić wolno. Ale one nic nie mają wspólnego z badaniem historycznym.
W zawodzie historyka obowiązują kanony poprawności warsztatowej. Można orzec, że ktoś je złamał. Zaangażowanie w politykę, choćby była to polityka historyczna państwa, stwarza stany emocjonalne, które skłaniają do łamania kanonów warsztatowych.
Dlatego historyk zaangażowany w politykę jest zawodowo zgubiony. My go zadziobiemy. I daję słowo honoru – słusznie.
Nie postuluje pan ograniczenia wolności badań? Bo panowie z IPN i ich obrońcy mówią często: “Mamy wolność badań, taka krytyka w nią godzi”.
– Pan sobie z nich żartuje, ja w tym nie mogę brać udziału [śmiech]. Oczywiście obaj myślimy o obronie książki Gontarczyka i Cenckiewicza na temat Lecha Wałęsy.
Potraktujmy ją jako przykład. Emocje polityczne obu panów są w niej widoczne jak na dłoni. Mają do nich prawo, ale muszą umieć je kontrolować i narzucić sobie kaganiec rygorów warsztatowych.
Uważa pan, że je złamali?
– Niechętnie o tym mówię, bo z Lechem Wałęsą sporo drogi przeszedłem i nieraz się z nim spierałem.
Wiadomo – i wiedzą o tym Gontarczyk i Cenckiewicz, bo zamieścili dokumenty w aneksie – że na początku stanu wojennego powołano w MSW specjalną komórkę, tzw. Biuro Studiów, która miała się zająć sfałszowaniem dowodów współpracy Wałęsy z SB. Ta komórka przeprowadziła dwie tajne operacje. Pierwsza, o kryptonimie “Sąd”, miała zmotywować takich ludzi jak Andrzej Gwiazda czy Anna Walentynowicz do orzeczenia tego, co zresztą i tak mówili wcześniej – że Wałęsa to paskudny kapuś.
Operacja “Ambasador” natomiast miała posłużyć skompromitowaniu Wałęsy w oczach ambasady Norwegii. Chodziło o to, żeby Wałęsa nie dostał Nobla.
Jeżeli wiadomo, że bezpieka robiła taką operację, to historycy, którzy twierdzą, że był agentem – choćby tylko od 1970 do 1976 r. – powinni mieć świadomość, że chodzą po polu minowym. Bo wiedzą, że dla udowodnienia agenturalnej przeszłości Wałęsy sama bezpieka musiała fałszować dokumenty.
Dlatego te dokumenty publikują, prawda?
– Wśród nich jest jeden, który – moim zdaniem niesłusznie – Gontarczyk i Cenckiewicz zbagatelizowali. To notatka majora bezpieki Stylińskiego, napisana na żądanie gen. Kiszczaka i dla Kiszczaka, po tym, jak zbiegł na Zachód porucznik Eligiusz Naszkowski z Biura Studiów MSW.
W notatce ów Styliński napisał, czym się zajmowała komórka powołana do fałszowania dossier Wałęsy. Napisał, że zatrudniono w niej m.in. najwybitniejszego w resorcie fałszerza podpisów i pisma ręcznego. Celem było – tak napisał dosłownie! – “przedłużenie okresu współpracy TW Bolek co najmniej o 10 lat, to jest do początku lat 80.”. Potem w nawiasie dodawał: “ostatnie doniesienie TW Bolek pochodziło z 1970 r.”.
A oprócz tego zachowały się dokumenty “TW Bolek” w archiwum. Gdyby mówiły prawdę, oznaczałoby to, że w grudniu 1970 r. Wałęsa zastraszony i przetrzymywany dłużej, niż było wolno – bo kilka dni, a nie 48 godzin – zgodził się współpracować i współpracował ze słabnącym natężeniem do 1974 albo 1976 r. W 1978 r. współpraca została formalnie zakończona przez bezpiekę, bo “Bolek” już nie chciał brać w niej udziału.
Wiadomo jednak, że całe to dossier zostało przeniesione do biura ekipy fałszerzy i tam spoczywało przez lat parę…
To podważa tezę Gontarczyka i Cenckiewicza. Oni to ignorują?
– Z notatki Stylińskiego wynika, że bezpieka traktowała Wałęsę jako źródło informacji tylko w 1970 r. Powtarza to dwukrotnie. Gontarczyk i Cenckiewicz piszą jednak, że Styliński musiał się pomylić.
Nie przesądzam, jak było w rzeczywistości. Mówię tylko, że ci dwaj historycy złamali elementarny kanon warsztatowy, który głosi, że trzeba w pierwszej kolejności zwracać uwagę na te informacje źródłowe, które przeczą naszej tezie. Coś trzeba z nimi zrobić.
To zrobili. Napisali, że ubek się pomylił.
– Tego właśnie nie wolno… Nie wolno zakładać, że niewygodne źródło się myli!
Ale po co SB miałaby fałszować własne archiwum?
– Gontarczyk i Cenckiewicz uważają, że nie miała powodu, bo archiwum jest do użytku wewnętrznego. Tylko nie wiemy, kogo jeszcze, oprócz Anny Walentynowicz i ambasadora Norwegii, SB próbowała oszukać. Kiszczakowi w notatce Styliński napisał, jak było naprawdę, bo to szef i człowiek z resortu. Ale jakby zażądał informacji premier Rakowski – człowiek spoza MSW, tzw. partyjny liberał, do którego SB mogła nie mieć zaufania, i nawzajem?
Daliby mu sfałszowane dossier, to samo co innym?
– Wałęsa był wyjątkowy, tak ważny, że różne ważne czynniki polityczne – w tym spoza resortu – mogły się domagać dokumentacji. Może – aby ograniczyć szanse na to, że fałszerstwo wyjdzie na jaw – SB musiała kombinować tak, aby się w papierach wszystko zgadzało?
Nie wiem. Mogło tak być. Rozstrzygnięcie takich wątpliwości na korzyść własnej, politycznie motywowanej tezy to błąd w sztuce.
Władza później mogła wielokrotnie wykorzystać te dokumenty. Nie zrobiła tego. Po 13 grudnia próbowała np. zmusić Wałęsę, żeby stanął na czele marionetkowej “S”. On im pokazał wtedy gest Kozakiewicza, a do nas wysłał gryps, żebyśmy zachowali nieustępliwą postawę. Gdyby generałowie mogli go przymusić – szantażując papierami – to może by go przymusili. To była dla nich gra o wielką stawkę.
Cenckiewicz i Gontarczyk uważają, że dokumenty z lat 1970-1976 obciążające Wałęsę są prawdziwe. Ale w takim razie muszą przyznać, że kilkuletnia współpraca z bezpieką była epizodem bez konsekwencji, a więc bez znaczenia, bo w stanie wojennym SB nie zdołała tymi papierami zmusić Wałęsy do uległości.
To zresztą pokazuje, że jako klucz interpretacyjny do historii Polski lustracja jest nic niewarta. Ten wniosek – moim zdaniem niezamierzony – wynika z książki Cenckiewicza i Gontarczyka. Nawet (a może zwłaszcza) gdyby wersja, za którą optują, była prawdziwa.
Taka książka jest promowana przez IPN i poprzedzona przedmową prezesa. Jest jakieś zbawienie dla IPN?
– Wiadomo już, że IPN nie zostanie zlikwidowany. Prawdopodobnie zmieni się jego kierownictwo. Być może nie będzie wspólnego kierownictwa pionu śledczego i historycznego, które stwarza patogenną sytuację. Trzeba też wyprowadzić stamtąd lustrację. Instytut, który jest organem ścigania, to tak, jakby prezes PAN był z urzędu szefem policji w Warszawie. Nie byłaby to zdrowa sytuacja, ani dla PAN, ani dla policji.
A co środowisko historyczne powinno zrobić ze sobą?
– Powinno z tego wyjść. Istniejący dziś podział na “historyków z IPN” i “nie z IPN” jest chorobliwy. Psuje naukę. Potrzebna nam publiczna dyskusja na temat kanonów, których powinniśmy się trzymać.
* Prof. Karol Modzelewski – profesor, mediewista. W PRL więzień polityczny, członek władz pierwszej “Solidarności”, internowany w stanie wojennym. Potem aresztowany, senator “Solidarności” po wyborach
———-
Friszke: Jak hartował sie radykalizm Kurtyki
Prof. Andrzej Friszke, Gazeta Wyborcza 2009-04-07
Wspólnota przekonań prezesa Kurtyki i PiS prowadziła prezesa do zmniejszenia dystansu wobec świata polityki. IPN stał się wyrazicielem pisowskiej “polityki historycznej”
Prof. Andrzej Friszke, wybitny znawca najnowszej historii Polski, napisał dla Gazety ważny artykuł o IPN. Oto jego główne tezy (sam tekst – poniżej):
1. Prokuratorzy IPN, mocno przekonani o własnej wyjątkowości i odgrodzeni osobną pragmatyką służbową, unikali kontaktów z historykami, których z kolei raziła sztywność i nikła wiedza o przeszłości prokuratorów.
2. Archiwum pozostało wielką i zamkniętą strukturą kierującą się zadziwiającymi procedurami, których nie byli w stanie rozgryźć nawet członkowie Kolegium.
3. Za prof. Kieresa problem agentury był badany w miarę możliwości, a wyniki tych badań publikowane, choć z dużą ostrożnością.
4. Kieres dbał ogromnie o zachowanie apolityczności IPN. Przestrzegał pracowników przed bliskimi związkami z jakąkolwiek partią, do czego i sam się stosował, nieraz może nawet przesadnie.
5. Wśród 11 członków kolegium rządząca koalicja PiS-LPR-Samoobrona obsadziła osiem miejsc, prezydent mianował dwie osoby, też związane z PiS. Przez ucho igielne udało się przejść w Sejmie kilkoma głosami jedynie prof. Andrzejowi Paczkowskiemu.
6. Zgromadzenie akt służb specjalnych PRL pod kontrolą ekipy o jednolitych sympatiach politycznych i związkach personalnych jest niebezpieczne. Nie powinno tak się stać w demokratycznym państwie.
7. Szczególnie drastyczny był przypadek dr. hab. Grzegorza Motyki, który odszedł z IPN, kiedy szef BEP zabronił mu wyjazdu na konferencję polsko-ukraińską (Motyka jest wybitnym znawcą tych zagadnień).
8. Pozbywaniu się jednych indywidualności towarzyszyło promowanie innych, w tym osób nowych. Trzeba tu wymienić dr. Gontarczyka i dr. Cenckiewicza, Filipa Musiała z Krakowa. Wiązało się to z wyraźnym zaostrzeniem ogólnego tonu wypowiedzi, którym nadawano rozgłos w mediach mocno związanych z rządzącą koalicją.
9. Codziennością stały się przecieki do prasy informacji lustracyjnych, często wyrwanych z kontekstu. Służyły one piętnowaniu lub wręcz celom politycznym, jak słynna sprawa wyciągnięcia dokumentów mających kompromitować sędziów Trybunału Konstytucyjnego w przededniu orzeczenia o zgodności ustawy lustracyjnej z konstytucją.
10. Twarz IPN-owi dawali namiętni lustratorzy głoszący bezkompromisowy antykomunizm, wyrażający żal, że w czasie niemieckiej okupacji nie doszło do wojny domowej przeciw komunistom (artykuły w “Rzeczypospolitej”). Ci sami ludzie w licznych artykułach lekceważyli zjawisko opozycji w PRL, sugerowali jej kontrolowanie, a może i prowadzenie przez SB.

W 1999 r. weszła w życie ustawa o powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Rozpoczęła się historia, która dla jednych stała się powodem irytacji i konfuzji, dla innych nadzieją na przeoranie świadomości narodowej i życia publicznego.
Z powstaniem IPN wiązano różne nadzieje. Zbudowany został na bazie istniejącej od dziesięcioleci Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (do 1990 r. Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich), która zajmowała się badaniem i ściganiem zbrodni z okresu II wojny światowej. Powstający IPN odziedziczył z Komisji jej archiwa, znakomitą bibliotekę i kilku prokuratorów. Już w latach 90. Główna Komisja zajęła się badaniem i ściganiem także zbrodni stalinowskich. Przeniesienie tych wątków do IPN było więc naturalne.
Powstanie IPN miało rozwiązać problem archiwów służb specjalnych PRL, tak by oddzielić je od współczesnych służb wolnej Rzeczypospolitej i wyeliminować pokusę posługiwania się “teczkami” w grach politycznych. Tym bardziej więc chodziło o odcięcie dostępu do tych akt politykom.
To prezes decyduje
Archiwa miały natomiast stać się przedmiotem badań historyków, tak aby budować wiedzę o PRL, mechanizmach nią rządzących (w tym czasie dostępne już były akta PZPR), zmaganiach wolnościowych i represjach przeciw obywatelom. Chodziło o poznanie przeszłości w jej różnorodnych wymiarach. W tym celu utworzono Biuro Edukacji Publicznej, w którym znalazło zatrudnienie kilkudziesięciu wybijających się zdolnościami historyków. Nabór pracowników prowadzono głównie wśród absolwentów wyróżniających się wysokim poziomem uczelni.
Ustawa o IPN miała przynieść zadośćuczynienie ofiarom systemu PRL i ludziom zmagającym się z nim w imię wolności i niepodległości państwa. Wprowadzono więc kategorię “pokrzywdzonego”, czyli osoby, która była obiektem inwigilacji czy represji. Przez kilka lat IPN wydawał zaświadczenia pokrzywdzonym i wiązał się z tym przywilej dostępu do akt zgromadzonych przeciw danej osobie i uzyskania ich kopii.
Ustawa miała też służyć napiętnowaniu Urzędu Bezpieczeństwa i SB,, które były odpowiedzialne za represje wymierzone przeciw obywatelom. Pracownicy i współpracownicy UB/SB nie otrzymywali więc dostępu do akt, a ponadto pion prokuratorski miał się zająć ściganiem przestępstw, których się dopuścili.
Instytucją kluczową stał się prezes IPN, którego sposób powoływania i kompetencje ustalono tak, aby nie był podatny na nacisk polityków, łącznie z szefem rządu, ale też nie mógł podlegać naciskom ze strony służb specjalnych, także współczesnych. Powołanie prezesa na stanowisko było więc procedurą skomplikowaną, ale dającą mu bardzo silną pozycję w organach państwa. Liczące 11 osób Kolegium IPN z zamierzenia miało być ciałem pluralistycznym, stąd dziewięciu jego członków powoływał Sejm spośród kandydatów zgłaszanych przez różne kluby. Dwóch członków Kolegium wyłaniała Krajowa Rada Sądownictwa, a zatwierdzał Sejm.
Najważniejszą funkcją Kolegium było przeprowadzenie konkursu na prezesa i wyłonienie kandydata, którego Sejm musiał zatwierdzić większością trzech piątych głosów. Od tej pory prezes stawał się na pięć lat suwerenny i nieusuwalny, o ile Kolegium nie postawiłoby mu bardzo poważnych zarzutów (działania na szkodę Instytutu). Kolegium mogło opiniować poczynania prezesa i poszczególnych pionów, ale tylko w niektórych sprawach orzekać (np. o kompletności przejętych ze służb specjalnych archiwów). W istocie jednak to prezes decydował o wszystkim.
IPN – długie czekanie
Szefowie pionów – archiwalnego i Biura Edukacji – nie byli urzędnikami suwerennymi, podlegali prezesowi, który w każdej chwili mógł ich odwołać. Nieco bardziej skomplikowane były relacje z szefem Głównej Komisji, który był jednocześnie zastępcą prokuratora generalnego i tylko on mógł go odwołać ze stanowiska. Pion prokuratorski kierował się w swojej działalności zarówno ustawą o IPN, jak i ustawą o prokuraturze, co nieraz wywoływało napięcia i kontrowersje. Dotyczące także płac, gdyż prokuratorzy w tej kwestii odwoływali się do uregulowań własnej ustawy i w rezultacie zarabiali znacznie więcej niż bardzo nawet odpowiedzialni pracownicy archiwum lub BEP.
Intencją ustawodawcy było doprowadzenie do harmonijnej współpracy między trzema pionami, które by się wspierały doświadczeniem i wiedzą. Tak więc prokuratorzy powinni korzystać z wiedzy historyków o funkcjonowaniu systemu i przebiegu rozmaitych zdarzeń wymagających ich zainteresowania. Kierownictwo archiwum zaś winno uporządkować i przygotowywać do sprawnego udostępniania zarówno historykom, jak i prokuratorom interesujące ich akta. Te intencje szybko okazały się złudzeniem.
Prokuratorzy, mocno przekonani o własnej wyjątkowości i odgrodzeni osobną pragmatyką służbową, unikali kontaktów z historykami, których z kolei raziła sztywność i nikła wiedza o przeszłości prokuratorów (ujawniały ją m.in. zamawiane przez prokuratorów ekspertyzy i brak znajomości książek traktujących o sprawach, którymi się zajmowali).
Archiwum pozostało wielką i zamkniętą strukturą kierującą się zadziwiającymi procedurami, których nie byli w stanie rozgryźć nawet członkowie Kolegium. Procedury owe prowadziły do ogromnej powolności w reagowaniu na wnioski o udostępnienie akt. Tak więc mimo licznych dyskusji, sugestii zmian akceptowanych formalnie przez prezesa nie sporządzono dotychczas normalnego katalogu zasobu archiwum, a składający wniosek oczekuje na materiały od paru tygodni do paru miesięcy (w archiwach państwowych trwa to dobę). Trzeba stwierdzić, że w IPN uformowały się trzy osobne struktury organizacyjne, które łączyła tylko osoba prezesa: Główna Komisja, archiwum i BEP. Kontakty między nimi były formalne i raczej nikłe.
IPN Kieresa
IPN pod prezesurą prof. Leona Kieresa funkcjonował przez pięć lat (2000-_-05). W tym czasie przejął 80 km akt z archiwów służb specjalnych i udostępniał je badaczom z BEP oraz zewnętrznym. Przyjmował wnioski o wydanie statusu pokrzywdzonego i nadał taki status 6,5 tys. osobom.Najgłośniejsze sprawy oprawców stalinowskich odbyły się jeszcze przed powstaniem IPN (sprawa Adama Humera i innych), tak więc wnioski dotyczyły postaci raczej mało znanych i niebudzących powszechnych emocji. BEP zajął się budowaniem programów badawczych zarówno dotyczących lat okupacji, jak i okresu powojennego. Ich efektem były zbiory dokumentów, monografie oraz konferencje i wydawnictwa pokonferencyjne. Dużą wagę przywiązywano też do działań edukacyjnych kierowanych do młodzieży.
W BEP wykonano wielką pracę, publikując m.in. dwa wielkie tomy o zbrodni w Jedwabnem, rozwinięto badania nad podziemiem powojennym i przygotowano większość materiałów do “Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego”, podjęto poważne badania nad aparatem bezpieczeństwa w PRL, przygotowano obszerną monografię o stanie wojennym obejmującą opis wydarzeń we wszystkich regionach kraju. Przygotowano wiele innych monografii i wydawnictw źródłowych oraz wiele konferencji, także kilka międzynarodowych. Półrocznik “Pamięć i Sprawiedliwość” stał się jednym z najważniejszych czasopism historycznych w Polsce. W BEP panował pluralizm poglądów i zainteresowań, choć dominowały badania nad pierwszym dziesięcioleciem powojennym.
Lista Wildsteina
IPN nie zajmował się natomiast lustracją. Do jej przeprowadzenia był powołany osobny urząd, któremu IPN jedynie dostarczał materiałów archiwalnych. Owszem, w pracach historyków związanych z IPN pojawiał się problem agentury, był badany w miarę możliwości, a wyniki tych badań publikowano, choć z dużą ostrożnością. Historycy bowiem nie mieli i nadal nie mają dostępu do kartotek, w których rejestrowano agentów. Tak więc byli i są często skazani na wnioskowanie na zasadzie przypuszczeń, ustalania okoliczności. Ta sytuacja zmieniła się w końcu 2004 r., kiedy archiwum udostępniło badaczom katalog akt (teczek) “jedynek”, czyli osób zarejestrowanych jako kandydaci na współpracowników i współpracownicy UB/SB. Kilka tygodni później wykaz “jedynek”, (teczek) z warszawskiego archiwum IPN wyniesiony przez Bronisława Wildsteina opublikowany został w internecie.
Od tej pory zaczął się zwrot, który podciął dotychczasową pozycję IPN. Opublikowanie “listy Wildsteina” zbiegło się z ofensywą środowisk prawicowych żądających “wzmożenia moralnego” (słowa Jarosława Kaczyńskiego), czyli ujawnienia agentów i “szarych sieci”, które rzekomo oplatają Polskę. Kolegium IPN w tym samym czasie uległo żądaniom komisji ds. PKN Orlen i rekomendowało prezesowi udostępnienie jej akt wielu osób. Tym samym została złamana zasada oddzielenia świata polityki od IPN.
W IPN opublikowanie “listy Wildsteina” wywołało katastrofę. Nagle wpłynęło do Instytutu kilkanaście tysięcy podań ludzi, którzy czuli się pomówieni o współpracę z SB i żądali zaświadczeń, że współpracownikami nie byli. Archiwum zostało zasypane wnioskami, które musiało sprawdzać i wydawać stosowne zaświadczenia w sprawach nie zawsze prostych i oczywistych. Do zmiany ustawy w 2008 roku z tą pracą nie zdołano się uporać ku irytacji wielu petentów, których nazwiska figurowały na liście i skutkiem tego w swoich środowiskach tracili zaufanie.
Powstało też kompletne zamieszanie, co która lista oznacza, czym różnią się agenci od inwigilowanych itp. W prasie pojawiły się dziesiątki artykułów wyjaśniających, ale nieraz zaciemniających prawdziwy stan rzeczy. Dezinformację pogłębiło nieoczekiwane pojawienie się sprawy o. Hejmo i wybuch licznych polemik jej dotyczących (w kwietniu 2005 r. prof. Kieres ogłosił, że dominikanin Konrad Stanisław Hejmo był TW). Z pers-pektywy widać, że ogłoszenie tej sprawy przez prezesa Kieresa było błędem i pogorszyło notowania Instytutu.
Nie zmienia to ogólnej oceny kadencji prof. Kieresa, który stworzył Instytut. Zapewnił mu lokale i zatrudnił kompetentnych w większości pracowników. Doprowadził do przejęcia akt ze służb specjalnych, co bynajmniej nie było proste. Kieres dbał też ogromnie o zachowanie apolityczności IPN. Przestrzegał pracowników przed bliskimi związkami z jakąkolwiek partią, do czego i sam się stosował, nieraz może nawet przesadnie.
Prezes wzmożenia moralnego
W tej sytuacji latem 2005 r. doszło do wyborów prezesa na następną kadencję. Ujawnienie przez “Rzeczpospolitą” “notatki Kosiby” przechowywanej w krakowskim oddziale IPN podcięło pozycję najpoważniejszego kandydata – Andrzeja Przewoźnika. W czasie konkursu, po oglądzie ewidencji, Kolegium stwierdziło, ze istnieją wątpliwości, czy nie był on współpracownikiem organów bezpieczeństwa. Chociaż sąd lustracyjny Przewoźnika oczyścił, było już po konkursie.
W następnym konkursie Kolegium przewagą jednego głosu rekomendowało na prezesa Janusza Kurtykę, szefa oddziału krakowskiego IPN. Tę kandydaturę miał zatwierdzić nowy Sejm zdominowany przez PiS, LPR i Samoobronę. Kurtyka miał poparcie części PO, szczególnie krakowskiego posła Jana Marii Rokity.
Ideologia “wzmożenia moralnego” dobrze korespondowała ze zmianą personalną. Prezes był zwolennikiem szerokiej lustracji i dekomunizacji. Szybko doszło do zacieśnienia więzów z nową koalicją, czego wyrazem była nowelizacja ustawy o IPN. Instytut przejął funkcje lustracyjne, co zdominowało jego działania. Skasowano status “pokrzywdzonego”, co siłą rzeczy przesunęło akcent z zadośćuczynienia pokrzywdzonym na zainteresowanie agentami. Ci ostatni, jak wiadomo, byli w przekonaniu liderów nowej koalicji niezmiernie ważną częścią systemu III RP, należało więc ich ujawnić, a tym samym oczyścić Rzeczpospolitą. Tę wiarę podzielało nowe kierownictwo IPN, choć nie znajdowała ona odbicia w poznanych już materiałach. W kręgach kierowniczych PiS torowało więc sobie drogę przekonanie, że problem polega nie na tym, iż owa “sieć” nie istnieje, tylko że trudno ją znaleźć. Temu miała więc służyć powszechna lustracja, rozwiązanie WSI, a także wiele badań prowadzonych w archiwach IPN.
Wspólnota przekonań prowadziła prezesa Kurtykę do zmniejszenia dystansu wobec świata polityki. Współpracowano więc z posłami PiS w sprawie nowelizacji ustawy i była to współpraca jak najbardziej ścisła, a niektórzy (np. poseł Mularczyk, poseł Macierewicz) bywali częstymi gośćmi w siedzibie IPN. Instytut w oficjalnych enuncjacjach zaczął przemawiać podobnym co PiS językiem i rychło stał się wyrazicielem pisowskiej “polityki historycznej”. Zarazem zauważalną demonstracją prezesa Kurtyki była jego nieobecność na wielkiej międzynarodowej konferencji w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego (grudzień 2006), którą organizowali ludzie źle widziani przez PiS. Znamienna też była nieobecność prezesa lub jego wysokiej rangi przedstawiciela na rocznicowych obchodach powstania KOR-u czy w marcu 2007 r. na rocznicy ROPCiO.
Historycy idą w politykę
Latem 2006 zakończyła się kadencja Kolegium IPN i parlament stanął przed perspektywą wyboru. Jarosław Kaczyński postanowił złamać dotychczasową zasadę szerokiej reprezentatywności tego ciała i obsadzić je wyłącznie ludźmi własnej formacji. Wybór przeciągnął się przez wiele miesięcy, podczas których IPN funkcjonował w ogóle bez Kolegium, a prezes był poza wszelką kontrolą. Wyboru dokończono dopiero latem 2007 r. Wśród 11 członków Kolegium rządząca koalicja PiS-LPR-Samoobrona obsadziła osiem miejsc, prezydent mianował dwie osoby, także związane z PiS. Przez ucho igielne udało się przejść w Sejmie kilkoma głosami jedynie prof. Andrzejowi Paczkowskiemu. W nowym Kolegium tylko on nie miał rekomendacji PiS. Kierownictwo tej partii utrąciło w ostatniej chwili nawet kandydaturę kompetentnego, ale niezależnego historyka z Torunia prof. Wojciecha Polaka, choć właśnie PiS tę kandydaturę początkowo zgłosił.
Jesienią 2006 r. prezes Kurtyka podjął decyzję, która łamała ducha ustawy. Ulegając prośbie Macierewicza, skierował do Komisji Likwidacyjnej WSI grupę historyków pracowników IPN. Tym samym złamana została zasada oddzielenia IPN od świata polityki i jego konfliktów. Szefem komisji został historyk z Gdańska Sławomir Cenckiewicz. Zasadę złamano po raz drugi, gdy zaangażowanych w Komisji historyków przyjęto z powrotem na etaty w IPN. Złamano zasadę także dlatego, że po rocznej pracy nad aktami służb specjalnych po 1990 r. ludzie ci nabyli wiedzę o aktualnych operacjach służb i siłą rzeczy weszli w związki z jej pracownikami. A przecież IPN powstał po to, aby radykalnie oddzielić archiwa dawnych służb od ich następców. I oddzielić uwikłania i operacje sprzed 1990 r. od tych, które wykonywało niepodległe państwo.
Wszystko to oznaczało zerwanie ciągłości instytucji i działanie wbrew duchowi ustawy. Zgromadzenie akt służb specjalnych PRL pod opieką i kontrolą ekipy o jednolitych sympatiach politycznych i związkach personalnych jest niebezpieczne z natury rzeczy i nie powinno mieć miejsca w demokratycznym państwie.
Odcedzanie historyków
Przy okazji publikacji raportu o likwidacji WSI napiętnowano jako osobę pozostającą w latach 90. w kontaktach z WSI Andrzeja Grajewskiego, znanego historyka i dziennikarza, jedną z najważniejszych postaci poprzedniego Kolegium. Grajewski nie należał do zwolenników kandydatury Kurtyki i na niego nie głosował, ale gdy Kolegium rekomendowało go na prezesa, przedstawiał jego kandydaturę Sejmowi. Pośredniczył także w nawiązaniu kontaktów i pojednaniu między Kurtyką a braćmi Kaczyńskimi (poprzednio prezydent Lech Kaczyński wypowiadał się o Kurtyce skrajnie negatywnie z uwagi na sprawę Przewoźnika). Pomówienie Grajewskiego mimo braku dowodów winy podcięło pozycję tego wybitnego znawcy zagadnień, którymi IPN się zajmuje.
Budując nowe kierownictwo, prezes Kurtyka pozbył się z IPN także innych odpowiedzialnych urzędników o niezależnej pozycji. Odszedł dotychczasowy wiceprezes Janusz Krupski. Odszedł dyrektor Biura Edukacji Publicznej prof. Paweł Machcewicz, zastąpiony przez dr. hab. Jana Żaryna poglądami zbliżonego do LPR. Od czasu zmiany kierownictwa z IPN odeszła cała grupa historyków z tytułami doktorów zniechęconych atmosferą pracy i nowymi trendami ideowymi, m.in.: dr Janusz Marszalec, dr Dariusz Libionka, dr Piotr Niwiński, dr Stanisław Jankowiak, ostatnio dr hab. Rafał Wnuk. Szczególnie drastyczny był przypadek dr. hab. Grzegorza Motyki, który odszedł z IPN, kiedy szef BEP zabronił mu wyjazdu na konferencję polsko-ukraińską (Motyka jest wybitnym znawcą tych zagadnień). Był to bodaj pierwszy po 1989 r. oficjalny zakaz udziału w konferencji naukowej. Promotorem doktoratów większości wymienionych był nieżyjący już prof. Tomasz Strzembosz, historyk o poglądach bynajmniej nie lewicowych. W IPN mówiło się wręcz o walce ze “strzemboszowcami” jako zbyt niezależnymi. Wielu innych historyków o umiarkowanych poglądach trwa na etatach, ale są odsunięci na margines, nie odgrywają istotnej roli w pracach IPN.
Pozbywaniu się jednych indywidualności towarzyszyło promowanie innych, w tym osób nowych. Trzeba tu przede wszystkim wymienić dr. Piotra Gontarczyka i dr. Sławomira Cenckiewicza po jego powrocie do IPN, ale też np. dr Filipa Musiała z Krakowa. Wiązało się to z wyraźnym zaostrzeniem ogólnego tonu wypowiedzi, którym nadawano rozgłos w mediach mocno związanych z rządzącą koalicją. Miejscem ekspresji tej grupy była “Gazeta Polska”, “Nasz Dziennik”, “Wprost”, ale też “Rzeczpospolita” od czasu jej przejęcia przez prawicowych publicystów. Dzięki tym powiązaniom grupie kierującej faktycznie IPN udawało się wywoływać ogólnopolskie akcje medialne, np. promować fatalną książkę Chodakiewicza (na zasadzie “anty-Gross”) czy odpowiednio nagłośnić książkę “SB a Lech Wałęsa”, nim jeszcze formalnie się ukazała (obszerne fragmenty w “Rzeczpospolitej”).
Codziennością stały się przecieki do prasy poszczególnych informacji o charakterze lustracyjnym, często wyrwane z kontekstu i służące jedynie piętnowaniu lub wręcz celom politycznym, jak słynna sprawa wyciągnięcia a vista dokumentów mających kompromitować sędziów Trybunału Konstytucyjnego w przededniu orzeczenia o zgodności ustawy lustracyjnej z konstytucją.
Jednocześnie – co paradoksalne – nie opisano w ogóle zjawiska agentury. Nie pokazano czytelnikom przykładów prawdziwych agentów, takich jak “Maks”, “X”, “Wacław”, “Woliński”, “Warszawski”, “Lewandowski”, “Junior”, którzy mieli niemały wpływ na losy środowisk, w których działali, a w niektórych momentach może i na historię PRL. Równocześnie, choć IPN miał publikować listę pokrzywdzonych w PRL, czyni to jednak wyjątkowo opieszale.
Radykalna twarz IPN
Powstał niewątpliwy rozziew między tym, czym zajmowała się na co dzień większość historyków zatrudnionych w IPN, a tym, co znajdowało rozgłos w mediach i budowało “twarz” Instytutu. Ową twarz dawali radykałowie, namiętni lustratorzy głoszący bezkompromisowy antykomunizm, wyrażający żal, że w czasie niemieckiej okupacji nie doszło do wojny domowej przeciw komunistom (artykuły w “Rzeczpospolitej”). Ci sami ludzie w licznych artykułach lekceważyli zjawisko opozycji w PRL, sugerowali jej kontrolowanie, a może i prowadzenie przez SB, choć nie mają na to żadnych dowodów, wyrażali stanowczy sprzeciw wobec Okrągłego Stołu i łagodnego wyjścia z komunizmu. Nie bez przyczyny ten ton dominuje w “Biuletynie IPN”, ale też w polityce wydawniczej.
Opublikowano tom materiałów o “Solidarności Walczącej”, ale nie o “Solidarności”, zajęto się kontaktami Wałęsy z SB, ale nie walką SB przeciw Wałęsie. Ostatniej publikacji tomu dokumentów o ks. Popiełuszce towarzyszyło skierowanie uwagi nie na bohaterstwo i męczeństwo kapłana, ale na agentów z nim się komunikujących. IPN nie wydał żadnej publikacji ani nie zorganizował debaty na temat rocznicy Okrągłego Stołu. Zobaczymy, jak uczci rocznicę wyborów czerwcowych.
Słynna książka “SB a Lech Wałęsa” wydana z przedmową prezesa Kurtyki miała podobno aż czterech recenzentów. Cóż z tego, skoro żaden z nich nie zajmował się nigdy historią PRL. Andrzej Nowak jest znawcą polityki Piłsudskiego, podobnie Andrzej Chojnowski, Marek Kamiński badał zawsze politykę zagraniczną lat 40., a Andrzej Zybertowicz w ogóle nie jest historykiem.
Tym tendencjom towarzyszyło izolowanie się historyków IPN od życia naukowego uniwersytetów czy struktur PAN. Towarzyszyła temu nieraz wyrażana nieufność wobec placówek powstałych w PRL, niezreformowanych i niezlustrowanych. W ślad za tą nieufnością zanika zdolność historyków zatrudnionych w IPN do dialogu z kolegami, analizowania źródeł innych niż IPN-owskie, stawiania pytań o konteksty społeczne, międzynarodowe itd.
Kierownictwo IPN zdaje się mieć nadzieję, że rozwój Instytutu i ogromny wpływ na edukowanie młodej kadry (około połowy pracujących naukowo historyków dziejów najnowszych jest zatrudnionych w IPN) spowoduje zmianę standardów i pytań stawianych przeszłości, a tym samym odmienne ukształtowanie wiedzy społeczeństwa o swojej historii. Wyraźnie przy tym akcentuje się pryncypializm ideologiczny, prawicowość, antylewicowość, opozycję wobec historii socjologizującej czy psychologizującej, a więc metodologii i trendów światowych. Tak rozumiana historia jest natomiast dogodnym orężem w walce światopoglądowej i ideowej, częścią ideologii radykalnej prawicy.
Zmienić IPN
Dziś padają głosy zarówno za likwidacją IPN, jak i za utrzymaniem go w niezmienionej postaci. Oba te stanowiska uważam za skrajne. Likwidacja IPN oznaczałaby postawienie zarazem wielu nowych pytań – co zrobić z archiwami, kto ma nimi administrować i wedle jakich zasad? Kto będzie je udostępniał badaczom, ale też dla potrzeb procedur lustracyjnych, wreszcie wydawał zaświadczenia potrzebne byłym pracownikom służb, np. dla ZUS.
Likwidacja BEP, co postuluje marszałek Borusewicz, oznaczałaby gwałtowne zahamowanie badań nad wieloma aspektami przeszłości, które tylko w cząstce dotyczą zagadnień typu lustracyjnego. Oznaczałaby też wyrzucenie na bruk około dwustu młodych historyków, wśród których część zapowiada się na znakomitych badaczy. Nie byłoby dla nich miejsca w klasycznych instytucjach naukowych, gdzie brak etatów.
Z powodzeniem natomiast można i należy oddzielić od IPN pion lustracyjny i przywrócić stan rzeczy sprzed 2006 r. Niech osobny urząd zajmuje się lustracją, a IPN przede wszystkim przechowywaniem akt, ich konserwacją, porządkowaniem (konieczność wydania katalogów) i udostępnianiem. Trzeba też złamać ekskluzywizm IPN przez poszerzenie dostępu do akt i badanych tematów innych historyków, czemu powinny służyć uproszczenie dostępu do akt oraz system grantów przydzielanych na badania. IPN powinien oddalać się od roli zwykłej placówki administracji państwowej, a zbliżać do roli instytutu badawczego otwartego na inne instytucje tego rodzaju, a także na współpracę międzynarodową.
W tym kierunku powinny iść zmiany ustawowe. Tak mocne usytuowanie prezesa nie ma racji bytu. Zostało zaprojektowane na sytuację, gdy prezes znajdzie się w konflikcie z głównymi instytucjami państwa z przyczyn lustracyjnych. W takiej sytuacji nie powinien się obawiać ujawnienia akt kompromitujących głównych urzędników państwa. Lustracja elit władzy jest zakończona. Co miało być ujawnione, zostało ujawnione i podlega stosownym procedurom. W sytuacjach, z jakimi mamy ostatnio do czynienia – oskarżeń kierowanych wobec Lecha Wałęsy oraz Aleksandra Kwaśniewskiego – zachodzi konflikt o niezwykłym znaczeniu. Sądy orzekają o pewnym stanie rzeczy, prezes IPN lekceważy te wyroki.
Jeśli dysponuje nową wiedzą, powinien skierować raz jeszcze sprawę na drogę sądową, a nie rzucać oskarżenia niepoparte żadnymi dowodami. Wyroki sądów nie mogą oczywiście zablokować możliwości stawiania pytań przez historyków i szukania niezależnych odpowiedzi w wyniku procedur badawczych, ale prezes IPN nie powinien być stroną w takim sporze. Jako wysoki urzędnik państwa niszczy bowiem w ten sposób kulturę prawną.
IPN ma przetrwać nie jako instytut od powszechnej lustracji czy ścigania zbrodni komunistycznych. Główna Komisja ma coraz mniej pracy. Potencjalni obwinieni wymierają. W wielu sprawach nie zdołano zebrać wystarczających dowodów, stąd pojawiające się epatowanie opinii publicznej dziwnymi hipotezami, jak przy okazji śledztwa w sprawie katastrofy gibraltarskiej.
Jeśli IPN ma istnieć jako silna i niezależna placówka archiwalna i badawcza, winien mieć dostosowaną do tego strukturę. Kolegium IPN powinno składać się z ludzi kompetentnych, historyków i prawników, najlepiej z tytułami naukowymi, wyrażających różne zainteresowania i wrażliwości, także ideowe. Kolegium winno mieć większe kompetencje w określaniu celów i zadań Instytutu, a prezes pozostać realną władzą wykonawczą egzekwującą od pracowników ich obowiązki.
Wojna polityczno-ideologiczna, którą toczy część elit, bynajmniej się nie zakończy. Minione doświadczenia uczą, że brak obciążających kogoś dokumentów nie prowadzi do oczyszczenia w oczach zapalczywych przeciwników. Brak dowodów na manipulacje przez SB jakimś wydarzeniem nie wygasza pasji niektórych do spiskowej wizji dziejów.
Badając przez lata archiwa IPN w sprawach, które budzą wiele namiętności, mogłem zauważyć, że oskarżyciele w niewielkim stopniu prowadzą rozległe badania. Zwykle wystarcza im parę stron wyrwanych z kontekstu. Swoje teorie będą więc snuli niezależnie od tego, czy są na ich potwierdzenie dokumenty, czy ich nie ma. Gdyby archiwa przed nimi zamknięto, wtedy zapewne z jeszcze większą pasją i swobodą rzucania oskarżeń. Z zasobów archiwalnych IPN najwięcej skorzystali badacze, o których mniej słychać, bo ich prace nie wywracają historii na opak, ale krok po kroku uzupełniają wiedzę o różnych fragmentach naszej przeszłości. I niech tak właśnie będzie.
*Profesor, historyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN, były członek Kolegium IPN, autor książek o historii najnowszej Polski, m.in. „Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989″. Redaktor tomu „ » Solidarność «podziemna 1981-89″
———
ZOBACZ TAKŻE

  • Prokuratorzy IPN skarżą Kurtykę (20-04-09, 01:00)
  • Pożegnalna salwa dla Kurtyki (17-04-09, 01:00)
  • Profesjonalna klęska IPN  (16-04-09, 12:00)
  • IPN oskarża posła Lewicy (15-04-09, 02:00)
  • Kwaśniewski przeprasza rzetelnych historyków IPN (08-04-09, 10:50)
  • Prawda jak na dłoni (08-04-09, 01:00)
  • Dlaczego oddaję order prezydentowi (08-04-09, 01:00)
  • Krzyże za walkę z Wałęsą  (08-04-09, 00:00)
  • Lascia un comento

     

     

     

    Puoi usare questi tag

    <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>