Jacek Kuron, polacco, ebreo, ucraino
Jak zostałem Ukraińcem
Jacek Kuroń, Krytyka Polityczna 29.06.2009
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2009.
Lwów był miastem Polaków, Żydów, Ukraińców, miastem ostrych antagonizmów. Ja wyrosłem w kulcie Orląt, wyśpiewywałem „Bronią Lwowa polskie dzieci, znosząc razy, śmierć i ból”, ale fascynowała mnie inność, obcość. Kiedy przechodziłem koło szkoły ukraińskiej, coś mnie do niej ciągnęło. Pamiętam świetnie, co zadecydowało o moim absolutnym – kiedyś powiedziałbym internacjonalizmie, co dziś brzmi głupio, więc powiem – uniwersalizmie.
Ojciec dwóch moich kolegów, straszny endek, powiedział mi: – Wspólnik twojego taty to Ukrainiec.
To był młody człowiek. Nazywał się Czajka. Pracowali razem z ojcem w Armii Krajowej. Niesłychanie sympatyczny, opowiadał mi Londona[1] i jego wersja dużo bardziej mi się podobała niż oryginał.
Przychodzę do ojca i pytam: – Tata, czy ten Czajka to Ukrainiec?
A ojciec mówi: – On nie, ale ja tak.
W pierwszej chwili myślałem, że żartuje, ale on z całą powagą potwierdził. Zgłupiałem i uwierzyłem. Cały dzień się męczyłem. Wieczorem, kiedy już się prawie z tym pogodziłem, przyszedłem pytać o szczegóły. I wtedy on mówi: – Nie, Ukrainiec to ja nie jestem, ale powiedziałem ci tak, żebyś wiedział, że człowiek przypadkiem rodzi się Ukraińcem, Polakiem, Cyganem, Żydem, czystym przypadkiem. Mógłbym być Ukraińcem.
Olśniła mnie oczywistość tego stwierdzenia i do dzisiaj o tej oczywistości jestem przekonany.
Sprawa żydowska objawiła mi się z niebywałą zupełnie mocą, kiedy do Lwowa przyszli Niemcy. Wtedy nagle odkryłem, że Żydami są różni moi koledzy, znajomi, znajomi rodziców.
W domu naszym mieszkało wielu zasymilowanych żydowskich inteligentów, Polaków żydowskiego pochodzenia. Ich dzieci to byli koledzy. Do jednego z nich, Marka Graba, chodziłem oglądać filmy na małym dziecięcym projektorze. Pamiętam też dobrze sklep w naszym domu. Prowadził go pan Liwszyc, przychodziłem tam na lody, na wodę sodową, a on zawsze sprawdzał, czy już mi rosną rogi na głowie, mówił, że jestem mały diabeł. Pamiętam jeszcze pana Markusa – po prostu tych ludzi, z którymi zetknąłem się potem w czasie wojny.
Żyłem po aryjskiej stronie. Tak się jednak złożyło, że nieustannie ocierałem się o ludzi z tej drugiej, niearyjskiej strony muru.
Pod Lwowem, w Janowie był obóz śmierci i obóz pracy. Byli tam nie tylko Żydzi, ale żydowskie kolumny czwórkami szły codziennie przez miasto. Ogoleni na zero, w pasiakach, stukając po ziemi drewniakami, cienie ludzi. Śpiewali:
Albośmy to jacy tacy
Z janowskiego łagru pracy
Kto nas nie zna może poznać
Chuj ci do dupy, kurwa mać
Gdy wyciągną cię z kolumny
Nie dostaniesz nawet trumny
I na piaski pójdziesz spać
Chuj ci do dupy, kurwa mać
Akcja w maju, akcja w lutym
Żonę z dzieckiem masz za drutem
Serce chce się z bólu rwać
Chuj ci do dupy, kurwa mać.
Śpiewali jeszcze inną piosenkę, która była może nawet i śmieszna, ale mnie wcale nie było do śmiechu: „Marszałek Śmigły Rydz nas nie nauczył nic, a przyszedł Hitler złoty, nauczył nas roboty”.
Codziennie rano wędrowałem na drugi koniec miasta po mleko dla mojego brata, Felka, który się już wtedy urodził. Był mróz, śnieg, wybiegłem na swoją uliczkę Żulińskiego i zderzyłem się z człowiekiem z obozu janowskiego. Ludzie z łagru zbierali śnieg z ulic, ustawiając go w równe pryzmy. Pierwszą moją reakcją był strach. Miasto żyło w grozie tyfusu plamistego, który szalał w Janowie.
We Lwowie pracował doktor Weigl, Żyd, który produkował szczepionki przeciw tyfusowi. Darowano mu życie na pewien czas[2]. Wielu znajomych moich rodziców zarabiało u niego, karmiąc wszy. Na udzie wszczepiało się taką małą klateczkę, w której wszy piły krew. Ta groza tyfusu, wszy, która niesie tyfus i obozu janowskiego, w którym szaleje wesz, strasznie na mnie ciążyła. Ale muszę się przyznać, że mój strach wiązał się też z plakatem wiszącym na ulicach: Żyd, a ściślej wesz z ludzką twarzą o bardzo wyraźnych semickich rysach i napisem pod spodem „Żyd=wesz=tyfus plamisty”.
Więc zderzyłem się z tym więźniem z Janowa i poczułem strach. I równocześnie palący, straszny wstyd. Szedłem przez całą uliczkę Żulińskiego, może ze sto metrów – pracowało tam wielu Żydów z Janowa – i żeby ukarać siebie za tamten strach, ocierałem się o każdego. Nagle uświadomiłem sobie, że przecież oni są wycieńczeni, niedożywieni, a ja popycham ich, utrudniam pracę i cała moja pokuta jest funta kłaków warta.
Pamiętam, jak na podwórku śpiewała trójka żydowskich dzieci, zagłodzonych, wyniszczonych. Zawołano je do nas do domu i w kuchni dano im zupę. Nie tę, którą myśmy jedli, tylko z kotła, którą karmiono żydowskich robotników w fabryce, gdzie ojciec był kierownikiem. Wiedziałem, że kiedy dzieci zjedzą, wyrzuci się je od nas z kuchni, a na ulicy czeka na nie śmierć. Wstydziłem się tego, co sam jadłem, swojego ubrania, tego, że jestem bezpieczny. Raz przez cały dzień siedział u nas Marek Grab, ten chłopiec, który miał projektor filmowy. Miał być gdzieś przetransportowany, był blady, cały był strachem. Ja ten strach czułem. Wtedy też się wstydziłem.
Kiedyś w szkole uczono nas kolęd przed Bożym Narodzeniem. Chłopcy zaczęli na przerwie przekręcać jakąś kolędę, śpiewali: „Chwała na wysokości, czterech Żydów gryzie kości”. I znów palący wstyd za nich, za siebie i za to, że nie miałem odwagi im się przeciwstawić. To było związane z moją sytuacją w szkole. Rodzice wymyślili, że jestem strasznie inteligentny, i wysłali mnie od razu do trzeciej klasy. Było mi bardzo trudno, nie umiałem nic i byłem w związku z tym zawsze głupi, najgorszy w klasie. Nie miałem kolegów, bo do szkoły poszedłem zaraz po tym, jak Niemcy wysiedlili nas z domu ZUS-u i zamieszkaliśmy na Żulińskiego. Nowy wśród dzieci jest zawsze gorszy, a zanim się oswoiłem, już żeśmy się przenosili. Stale byłem obcy, cudzy.
Te ciągłe przenosiny uczyniły ze mnie małego socjologa i etnografa. Bardzo wcześnie okryłem, że istnieje coś takiego jak grupa, więź grupowa, przywództwo, obyczaje grupowe, że te same rzeczy nazywają się różnie. Wystarczy nie tak użyte słowo, aby dzieci się śmiały, szydziły. Nie wolno popełnić błędu, najpierw trzeba się przyjrzeć, jak funkcjonuje gromada. Ale wciąż brakowało mi rówieśników, zwykłego koleżeństwa i przyjaźni i w rezultacie byłem bardzo samotny.
W grudniu 1942 roku urodził się mój brat Felek, a zaraz potem przyszedł do nas Wacek, cioteczny brat, którego ojciec zginął w Katyniu, a matkę wywieziono na Sybir. W tym czasie stałem się po prostu całkiem dorosły.
Może właśnie przez tę samodzielność rosła moja wrażliwość, na którą nakładałem pancerz, żeby dorównać ojcowemu wzorowi dzielnego mężczyzny. Jednak moja wrażliwość na los Żydów miała o wiele głębsze powody: przeświadczenie o braterstwie ludzi, które dziadek, ojciec i mama wpajali we mnie na różne sposoby.
Przypomina mi się taka scena: bawiliśmy się na podwórku, nagle rozległ się huk. To pod bramą ktoś strzelił z rewolweru. Cisza, zamarliśmy, dozorczyni woła z głębi podwórka:
– Co się stało?
Pamiętam dokładnie odpowiedź dozorcy:
– Nic, Ukrainiec zabił Żydka.
Wybiegliśmy na ulicę, była krew i małe pokręcone zwłoki żydowskiego dziecka. Nic, Ukrainiec zabił Żydka. To nie były pierwsze zwłoki, jakie oglądałem, ale może pierwsze dziecko, pierwszy mój rówieśnik. Z niesłychaną siłą poczułem bliskość, tożsamość z tym ciałem leżącym na ulicy.
—
[1] Chodzi o popularne powieści Jacka Londona (1876 – 1916), np. Martin Eden, Biały kieł.
[2] Rudolf Weigl (1883 – 1957) – światowej sławy odkrywca szczepionki przeciwko wirusowi tyfusu plamistego. Przeżył wojnę, pracował później m.in. na Uniwersytecie Jagiellońskim.


Commenti