Print This Post Print This Post

Marek Edelman (1919-2009), uno dei giovani capi dell’insurrezione del ghetto di Varsavia

Marek Edelman
Niezwykła jest rola, jaką w historii Polski odgrywał i odgrywa Marek Edelman. Występuje w niej jako przywódca powstania w Getcie Warszawskim, jako wybitny lekarz kardiolog, który niejednemu uratował życie, jako strażnik pilnujący pamięci o zabitych i pomordowanych. Jego nazwisko pojawia się w dziejach polskiej opozycji antykomunistycznej. Wszystkie te opisy są prawdziwe, ale nie wyczerpują całej złożoności jego działań i historii. Vedi
L’INSURREZIONE del GHETTO del 1943: Powstanie wybuchło 19 kwietnia 1943 r. Do getta wkroczyły oddziały SS, by ostatecznie rozprawić się z resztką żydowskiej ludności. Walkę z nimi podjęło blisko 800 powstańców z Żydowskiej Organizacji Bojowej i Żydowskiego Związku Wojskowego. 8 maja Niemcy otoczyli bunkier powstańczego sztabu przy ul. Miłej 18. Dowódca ŻOB Mordechaj Anielewicz i jego podwładni popełnili samobójstwo. Walki w getcie trwały do 16 maja. Ich symbolicznym zakończeniem było wysadzenie Wielkiej Synagogi. Według danych niemieckich poległo około 7 tys. Żydów, a 6 tys. zginęło w pożarach i pod gruzami domów. Kolejnych 50 tys. wywieziono do obozów zagłady.
————-
Edelman: Opowiem ci o Mani Kac
z Markiem Edelmanem Rozmawiała Joanna Szczęsna, Gazeta Wyborcza 2008-04-19
Marek Edelman – żołnierz Żydowskiej Organizacji Bojowej, ostatni żyjący przywódca powstania w getcie warszawskim, w PRL-u działacz opozycji demokratycznej i “Solidarności”, lekarz.
Legenda Korczaka to wielka rzecz, ale taka Hendusia, która miała 21 lat, wyglądała jak stuprocentowa aryjka i mogla się uratować się, a poszła z dziećmi do wagonu, to dopiero prawdziwy człowiek – Marek Edelman wspomina powstanie w getcie warszawskim i ludzi, po których zniknęły wszelkie ślady
Joanna Szczęsna: Gdyby przeżyli, mieliby dzieci, wnuki, zachowałyby się rodzinne pamiątki, przetrwałyby rodzinne opowieści. Czasem mam wrażenie, że jakieś historie, osoby z tamtych czasów istnieją już tylko w Twojej pamięci. Mam tu odbitkę fotografii z obozu młodzieży z organizacji SKIF w 1936, może 1937 r. Stoisz tam w drugim rzędzie od dołu, drugi od lewej. Rozpoznajesz na niej kogoś oprócz siebie?
Marek Edelman: Nie wszystkich. Chłopak na dole zdjęcia, drugi od lewej, ten, co się tak nieśmiało uśmiecha, nazywał się Pelc. Był w naszych, bundowskich grupach bojowych, miał dowodzić “piątką” w getcie centralnym, ale jeszcze nie mieli broni. Kiedy w styczniu 1943 r. zaczęła się druga, masowa akcja likwidacyjna w getcie, całą jego grupę zgarnęli na Umschlagplatz. Ale on nie wszedł do wagonu, zaczął krzyczeć, żeby się bronić, że Niemców jest garstka, a ich są setki. Kilkadziesiąt osób go posłuchało, to była pierwsza zbiorowa odmowa na Umschlagplatzu. Niemcy zaczęli strzelać na oślep, jego ciało zostało tam przed wagonem, nawet nie było bardzo podziurawione, najwidoczniej z nerwów nie trafiali. Jego imienia nie pamiętam.
W raporcie “Getto walczy”, który napisałeś zaraz po wojnie, jest tylko jego inicjał – “B”. Anka Grupińska w książce “Odczytanie listy” podała pełne imię – Boruch.
– Może tak, ale zapomniałem. Trzeci od lewej to Rubin Lifszyc, który wyjechał z Polski zaraz po wybuchu wojny, dotarł do Anglii, był polskim lotnikiem, latał w RAF-ie jako nawigator. W dzień po podpisaniu kapitulacji Niemiec zginął w katastrofie lotniczej, leciał z misją wojskową z Londynu do Brukseli, jego samolot wpadł do morza.
Obok niego – Włodek Bergner, który na tym obozie grał na trąbce podbudkę, a wieczorem sygnał, żebyśmy kładli się spać. To on mi przysłał tych kilka zdjęć z naszych przedwojennych obozów. Jego rodzice coś chyba przeczuwali i już w 1938 r. wysłali go do rodziny w Australii. Żyje dziś w Izraelu, jest znanym malarzem, Yosl ma tam na imię. Kilka jego obrazów wisi u Ciebie w domu. Jeden z nich to portret dziewczynki o semickiej urodzie, jej twarz wraca jako stały motyw w wielu jego obrazach. Wasz wspólny kolega ze SKIF-u, Szulim Rosenberg, mówił mi, że to siostra Bergnera, która zginęła w warszawskim getcie.
– Nie, nie, to była jego przyjaciółka z klasy Mejmełe, on się w niej podkochiwał. Przeżyła wojnę w Rosji, wyszła potem za mąż, ale teraz już jej i tak nie ma. Ale ja o Włodku co innego chcę powiedzieć. Cały zachodni świat nie wierzył, udawał, że nie wierzy w to, co Niemcy robią w Polsce z Żydami. Nasze pierwsze meldunki z Wielkiej Akcji likwidacji warszawskiego getta latem 1942 r. BBC przetrzymywało przez kilka tygodni, bo uważali, że przesadzamy. A Włodek na drugim końcu świata wszystko wiedział bez naszych raportów. Jak popatrzysz na jego obrazy malowane w 1942, 1943 r., to tam wszystko jest: ciemność, rozpacz, grupki stłoczonych, przerażonych Żydów, może na Umschlagplatzu, a może w kolejce do komory gazowej.
Jeszcze kogoś rozpoznajesz na tym zdjęciu?
– Ta dziewczyna po prawej stronie, w jasnej bluzce, nazywała się Dager. Jej ojciec miał na Zamenhoffa, drugi dom od Nowolipek, zakład fotograficzny. Ona też wyjechała z Polski, mieszkała w Kanadzie. Pamiętam dobrze ten zakład, laborantką tam była Rutka, która jeszcze zanim uruchomiliśmy powielacz – zaraz w październiku 1939 r. – przepisywała ręcznie, na kratkowanym papierze, przez kalkę, nielegalne bundowskie gazetki, które kolportowaliśmy. Nad nią, po lewej stronie, stoi komendant naszego obozu Mojsze Gecł, po wojnie mieszkał w Kanadzie, miał piękną żonę, była tancerką.
SKIF to była taka półharcerska organizacja, młodzieżowa aplegierka Bundu, zapisałem się do niej jeszcze w szkole podstawowej, potem zostałem tam instruktorem. Założyliśmy świetlicę dla dzieci z Annopola. Tam stały baraki, do których eksmitowano bezrobotnych, straszna bieda. Kupiliśmy im mundurki, niebieskie bluzy, czerwone chusty i zostali SKIF-istami. Ale ja z czasu wojny już tych dzieciaków nie pamiętam, może jakieś pojedyncze osoby. Czy je w ogóle wysiedlili do warszawskiego getta? Czy poszły do wywózki w pierwszej kolejności? Nie wiem.
Sporo moich kolegów ze szkoły, ze SKIF-u, zaraz po wybuchu wojny uciekło na wschód, część z nich wydostała się potem dalej, bo japoński konsul w Wilnie Chiune Sugihara, nie oglądając się na swój rząd, wydał Żydom kilka tysięcy wiz. Do mnie też z Wilna, od przyjaciół Mamy, dotarła wiadomość, żebym do nich dołączył. Gdybym się zdecydował, byłbym teraz pewnie na jakimś amerykańskim uniwersytecie.
Nie lekarzem?
– Może nie lekarzem. No, ale ja wtedy spytałem Abraszy Bluma, jednego z ideowych przywódców Bundu, starszego ode mnie o kilkanaście lat: “Dlaczego ty sam nie wyjeżdżasz?”. On nie chciał. Ja też nie chciałem.
A czy na tej fotografii jest ktoś, z kim byłeś w powstaniu?
– Tak, Jurek Błones. Stoi u góry, po lewej stronie. Zobacz, jaki to był jasny chłopak. W getcie, w jego mieszkaniu na Nowolipiu drukowaliśmy bundowskie gazetki. Razem z siostrą Gutą i 13-letnim bratem Luśkiem, najmłodszym chyba żołnierzem Żydowskiej Organizacji Bojowej, trafił na Umschlagplatz. To było jesienią 1942 r., niby było w getcie spokojnie, zostali tylko ci, co pracowali w szopach, i nagle Niemcy złapali kilkaset osób do wywózki. Tam była cała grupa bundowska, trzymali się razem, żeby się nie pogubić. Włodek Rozowski wyłamał okno i po kolei ich wyrzucał, sam też wyskoczył. Wszyscy wrócili do getta i wszyscy walczyli w powstaniu.
Jurek dowodził jedną z naszych grup u szczotkarzy, bardzo był odważny, dużo by o tym opowiadać. Całe właściwie powstanie przeszliśmy razem.
To jego siostra Guta spała na Twoich papierosach, pilnowała ich.
– Tak, tak. Cała trójka przeżyła powstanie, potem wyszli kanałami – w tej grupie, co ja – potem byli w Łomiankach. A potem Jurek się rozchorował, znaleziono dla nich miejsce u chłopa pod Warszawą, a ten chłop, co obiecał ich przechować, doniósł na nich Niemcom. Wszystkich ich tam rozstrzelali, i jeszcze Zygmunta Frydrycha, który ich tam zawiózł.
W powstaniu nosiłeś długie buty, oficerki, trudno się je zdejmowało. Opowiedziałeś mi kiedyś, że to właśnie Jurka prosiłeś, żeby pomagał Ci je zdejmować. Mnie to utkwiło w głowie, jako taki bardzo osobisty gest.
– Baby, baby… Wiadomo przecież, że oficerki łatwiej włożyć niż zdjąć. Kiedyś w hotelach były takie specjalne koziołki do ich zdejmowania. Czy ja zresztą tak często w powstaniu buty zdejmowałem? Nie pamiętam.
Zobacz, ile można opowiedzieć historii wokół jednego zdjęcia, na którym zresztą nie wszystkich rozpoznałeś. Niewiele jednak zachowało się zdjęć sprzed wojny.
– Mam gdzieś zdjęcie z sanatorium im. Medema w Miedzeszynie, jestem tam ja i jeszcze jeden chłopak, Wassersztrum się nazywał. Spotkałem go we wrześniu 1939 r., brał udział w obronie Warszawy, w żydowskich oddziałach zorganizowanych przez Szmula Zygielbojma i Abraszę Bluma. Zapamiętałem to spotkanie, bo opowiadał mi, że trafiła mu się wspaniała dziewczyna i jak bardzo jest w niej zakochany. A potem zginął, chyba na Woli.
Nas wysyłali do tego sanatorium na miesiąc albo sześć tygodni, żebyśmy tam pooddychali świeżym powietrzem. Przed wojną gruźlica to była powszechna rzecz, prawie wszystkie dzieci miały zespół pierwotny. Całe sanatorium w którymś momencie wysiedlono do getta na Mylną. Dziećmi opiekowała się tam moja koleżanka z klasy, Hendusia Himelfarb.
Przechodziłem akurat tamtędy i zobaczyłem ją przez okno. “Chodź, Hendusiu, ja cię wyprowadzę” – powiedziałem. Spytała: “A dzieci, co z dziećmi?”. I została, i – z lekarką Różą Eichner – poszła z nimi na Umschlagplatz. Ona nie miała wielkiego doświadczenia, młodziutka była, pedagogiem została z przypadku wojennego. Legenda Janusza Korczaka to wielka rzecz, on jest symbolem tych wszystkich nauczycieli, którzy nie opuścili dzieci, ale ja uważam, że taka Hendusia, która miała 21 lat, wyglądała jak stuprocentowa aryjka i miała wszelkie szanse na uratowanie się, a zdecydowała się iść z dziećmi do wagonu, to dopiero prawdziwy człowiek.
A swoją drogą zastanawiam się, jak to się stało, że nikt z wychowanków Korczaka nie wstąpił do ŻOB-u. Przecież cała młodzież, która była jakoś zorganizowana, czy to bundowcy, czy syjoniści, w końcu znalazła się w powstaniu.
Opowiedz o tych osobach, które miały wybór, czy może szansę, a zdecydowały się podzielić los swoich bliskich czy ludzi, za których czuły się odpowiedzialne.
– Pola Lipszyc, która prowadziła teatrzyk SKIF-u na Krochmalnej, dwa razy w tygodniu organizowała przedstawienia dla najuboższych dzieci. Kiedy w czasie Wielkiej Akcji wróciła do domu i zobaczyła, że mamy nie ma, że już ją zabrali na Umschlagplatz, pobiegła za nią, a jak się spieszyła się, żeby zdążyć przed odejściem transportu!
Albo kobieta Berka Sznajdmila, modystka Ruta Perenson. Kiedy drugiego dnia powstania przechodziliśmy z szopu szczotkarzy, gdzie już się paliło, chciałem ją zabrać. Mówię jej: “Weź synka – on miał jakieś dziesięć lat – przejdziesz z nami”. Spytała: “A co z mamą? Nie mogę zostawić jej samej”. Wiadomo było, że mama nie da rady przebiec przez ulicę pod niemieckim ostrzałem. I tak Ruta została w schronie na Świętojerskiej. Berek był w niej bardzo zakochany, specjalnie dla niej wrócił z Wilna do Warszawy. Kiedy się dowiedział, że ona tam została, chciał po nich wracać. Musiałem mu uprzytomnić, że tam nikt nie mógł ocaleć.
Mama mojego kolegi z klasy, Majusa, Sonia Nowogródzka, bardzo ważna osoba w Bundzie, w getcie pracowała w Towarzystwie Opieki nad Sierotami i Dziećmi Opuszczonymi. W czasie Wielkiej Akcji powiedziała mi: “Patrz, kto zostaje w getcie: drobnomieszczaństwo i kołtuństwo, cały proletariat idzie na Umschlagplatz”. Nie próbowała się ratować, kilka dni później zobaczyłem z balkonu – zresztą w jej mieszkaniu – jak maszeruje w kolumnie w kierunku Umschlagplatzu.
Albo taki pan Zyferman, którego imienia nie pamiętam. Mieliśmy u niego w mieszkaniu drukarnię, przychodziliśmy tam drukować chyba dwa razy w tygodniu. Po pracy maszynę chowało się za piekarnikiem w kuchni węglowej, tam była zrobiona taka specjalna dziura.
Kiedy zaczęła się akcja wysiedleńcza, pan Zyferman powiedział, że on się nie podda, nie wyjdzie z mieszkania. Próbowałem go przekonywać, że drukarnia jest dobrze schowana, a on w drodze na Umschlagplatz zawsze się może jakoś wykręcić, zna przecież różne osoby. Zresztą był potężnym chłopem, mógłby nawet z wagonu uciec. Ale on się uparł, że nie, że musi pilnować maszyny. Gdyby zszedł na dół, kiedy wysiedlali jego dom, to mógłby ocaleć. A tak, to go znalazłem zabitego w drzwiach do tego pomieszczenia, gdzie była skrytka.Co jeszcze mogę o nim powiedzieć? Że był fajny chłopak, że później tę maszynę – z przygodami – udało nam się wynieść z jego domu. To już jest jednak inna historia. Musisz pamiętać, że nie wszyscy mieli wybór, nie każdemu dane było podejmować decyzję. Ludzi dziesiątkował tyfus, marli z głodu. Opowiem ci historię Mani Kac. Jej ojciec, który miał pracownię kołder na Żelaznej, zaproponował mi, że będzie mi dobrze płacił – a było to już po śmierci mojej mamy – bylebym tylko nauczył Manię czytać. To byłby chyba etat dożywotni, bo Mania miała – jak byśmy dziś powiedzieli – dysleksję i nie wiem, czy wyszliśmy poza “Ala ma kota”. Ale przyszła wojna, Mania zaczęła występować w SKIF-owskim teatrzyku prowadzonym przez Polę Lipszyc i okazało się, że świetnie tańczy i śpiewa, a do tego umiejętność czytania wcale nie jest potrzebna. A potem umarła, z głodu. Natomiast Blumce Klog, z którą drukowałem nasze bundowskie gazetki u pana Zyfermana, udało się wyjść z tyfusu. Jej ojciec – Lazar – był ważną figurą w Bundzie, przewodniczącym związku drukarzy i szefem wszystkich związków zawodowych. W październiku 1942 r., kiedy była narada z syjonistami, czy powołujemy wspólnie Żydowską Organizację Bojową, to właśnie jego głos przeważył na “tak”.Na tyfus właściwie nie było lekarstwa, dawało się tylko zastrzyki z glukozy, żeby serce wytrzymało gorączkę. Kryzys przychodził w nieparzyste dni choroby, mało kto przeżywał 11. dzień, a Blumka przetrzymała. Zakochała się potem w chłopaku ze służby porządkowej, nieciekawy był, wyjechali z Warszawy i z tego, co wiem, ukrywali się gdzieś pod Radomiem. Włosy miała tak czarne, że aż granatowe, ktoś musiał ją wydać, zginęła na Majdanku.Dużo jest zakochanych w Twoich opowieściach. – Bo gdyby nie było miłości w getcie, nie dałoby się żyć. Chodziło o to, żeby nie być samemu, żeby ktoś na ciebie czekał. Z miłości ludzie ratowali komuś życie albo szli na Umschlagplatz, byle tylko być do końca z bliską osobą. Chciałbym, żeby ktoś napisał o tym książkę albo nakręcił film.
Wiem, namawiałeś różne osoby, żeby się do tego zabrały.
– Spisałem kilka takich historii o miłości w getcie warszawskim. Prawdziwych. I dałem to do “Zeszytów Literackich”, pójdzie w najbliższym numerze. Może to kogoś zainspiruje.
Będzie tam o pielęgniarce, pani Tenenbaumowej, która miała “numerek życia” chroniący do pewnego momentu przed wywózką i oddała go córce.
– A sama popełniła samobójstwo. Jej córka Deda wkrótce potem poznała chłopaka, zakochali się w sobie do wariactwa, Deda odżyła i rozkwitła. Potem zgłosiła się z aryjskiej strony koleżanka jej mamy ze szkoły pielęgniarskiej i sama z siebie zadeklarowała, że może wziąć ją na przechowanie. Zabrała i ją, i chłopaka. Mieli tam u niej sześć tygodni – może zresztą nawet całe trzy miesiące – wielkiej miłości. Dopóki ich ktoś nie wydał. Jeszcze przed powstaniem dowiedzieliśmy się, że nie żyją. Kto i jakim sposobem dowiedział się, że tam się ukrywają, przecież oni nie wychodzili z domu, choć Deda była jasną blondynką – tego nie wiadomo. Może jakaś sklepikarka zauważyła, że ta pielęgniarka kupuje więcej jedzenia, i złożyła donos?
Nie bardzo optymistyczne są te Twoje opowieści o miłości.
– Cicho, nie znasz się na tym, właśnie że optymistyczne.
W szpitalu Bersonów i Baumanów, w laboratorium, pracowała Fajga Fersztówna, przed wojną wybitna asystentka prof. Hirszfelda. Ona miała takie wspaniałe włosy, każdy na palec gruby. Ale powodzenia specjalnie nie miała. Mieszkała z bratem na Nalewkach, gdzieś między Gęsią a Miłą, on bardzo jej pilnował.
Na przełomie stycznia i lutego 1943 r. robiliśmy napady na piekarzy, którzy nie chcieli dawać pieczywa dla ŻOB-u. Wracałem nocą po dachach z takiej akcji, wszedłem do ich mieszkania. Łóżko było tam jedno, spała na nim z bratem, kazałem im się posunąć i przespałem się do rana. Niedługo potem Fajgę wzięli na Umschlagplatz, ale – jak mi ktoś opowiedział – kilka dni wcześniej spotkała chłopaka i zakochała się. Patrz, tyle lat minęło, nic mi do tego, a ja wciąż się zastanawiam: upilnował brat jej cnoty czy też Fajga zdążyła zaznać miłości przed śmiercią.
A teraz opowiem ci historię bez nazwiska. Mieliśmy taką świetną łączniczkę w ŻOB-ie, po całej Polsce utrzymywała kontakty, świetnie mówiła po niemiecku, siadała tylko w wagonach dla Niemców. Kiedyś wdała się z jakimś oficerem w rozmowę, Beethoven, Tomasz Mann, te rzeczy. Przyjemnie z nią konwersował, a jak pociąg zatrzymał się na stacji, oświadczył: “Pani to musi być Żydówką, idziemy na posterunek, albo…”. I ona nie miała wyjścia.
Potem niepotrzebnie zwierzyła się z tego narzeczonemu, który zaczął jej robić sceny zazdrości. I wiesz, co się stało? Z następnej misji, do getta w Wilnie, ona już nie wróciła. Rozumiesz dlaczego? Bo on ją – idiota – pozbawił pewności siebie. Sam przeżył powstanie, wyszedł razem z nami kanałami, ale zatruł się wodą ze ścieków i zmarł, chyba jeszcze w tym lesie w Łomiankach. Wiem, o kim mówisz, ona została niedługo po wojnie odznaczona krzyżem Virtuti Militari… – Skąd to wiesz?
Układałam kiedyś u Ciebie jakieś papiery i znalazłam list od pani, która przygotowywała słownik wszystkich kobiet odznaczonych Virtuti od jego ustanowienia. Pytała Cię, czy możesz coś dodać do notek biograficznych dziesięciu kobiet z ŻOB-u.
– Czy ja jej odpisałem?
Tego nie wiem.
– Wszystko jedno, to chyba i tak nie jest opowieść do słownika.
Ja, niestety, nie pamiętam wszystkich nazwisk i twarzy naszych łączniczek i kolporterek sprzed Wielkiej Akcji. Żadna z nich zresztą nie przeżyła. Nie, jedna przeżyła, nazywała się Maria Szifman. W przeddzień wybuchu powstania – 18 kwietnia – złamała nogę i została w szpitalu. Była w gipsie, nie mogła się ruszyć, Niemcy zastrzelili ją na łóżku.
Opowiadałeś mi o jednym takim Niemcu, który specjalizował się w strzelaniu do pacjentów.
– To był wyjątkowy skurwiel, na oddziale złamań chodził od łóżka do łóżka i po prostu zabijał. Był wyższa szarża, nie musiał tego robić, ale lubił. Blescher się nazywał.
Gdzieś w okolicy drugiej akcji wysiedleńczej, to jest w styczniu 1943 r., zobaczyłem go na Gęsiej 6, gdzie mieszkał personel szpitalny. Miałem przy sobie rewolwer, ale nie zdecydowałem się go zabić, choć powinienem. Do dziś się tego wstydzę. Ale stał w bramie, w grupie paru osób, bałem się, że kogoś postrzelę. Rewolwer dostałem poprzedniego dnia, nawet go nie wypróbowałem, prawdę mówiąc, nie umiałem jeszcze wtedy strzelać.
Blescher potem ukrywał się w Niemczech, zresztą, co ja mówię ukrywał, żył pod własnym nazwiskiem i robił za dobrotliwego starszego pana. Byłem w latach 50. świadkiem na jego procesie, dostał karę śmierci.
Złamać nogę albo być rannym w nogę, to była najgorsza rzecz, jaka mogła się przytrafić w getcie, bo wtedy nie mogłeś uciekać. Chociaż Merdek – Mordechaj Growas, dowódca jednej z grup w getcie centralnym – z ranną nogą przebiegł kilkaset metrów, schował się na strychu, nikt mu nie zrobił opatrunku, sam przewiązał sobie ranę i po paru tygodniach chodził jak marzenie. Widać kość nie była ruszona. Wyszedł kanałami, był z nami w Łomiankach.
Siedzieliśmy tam kilka dni w lasku, czy raczej zagajniku, aż przyszedł rozkaz od Grota-Roweckiego, żeby przedzierać się do lasów wyszkowskich, tam nas przyjmie oddział partyzancki AK. Poszła tam grupa jakichś dziesięciu ludzi, w tym Merdek, i ślad po nich zaginął. Aleksander Kamiński dawał potem ogłoszenia w “Biuletynie Informacyjnym”, żeby się zgłosili, ale się nie zgłosili. Czy ich zabili w tym oddziale, czy raczej wcześniej, przy przeprawie przez Bug, zanim dotarli do oddziału wskazanego przez Grota, tego dziś nie dojdziesz.
Z tych, co walczyli w powstaniu, żyją – poza Tobą – tylko Kazik Ratajzer i Pnina Grynszpan w Izraelu, a w Kanadzie – Bronek Szpigel.
– Tak. A z naszych łączniczek, już po aryjskiej stronie – Marysia Zielona i Irka wariatka. Ta to była numer. Piękna dziewczyna, rozumu miała akurat tyle, ile potrzeba, nie więcej, po niemiecku znała kilka słów, “Verzeiung”, “Bitte” i może jeszcze “Guten Tag”. Wkładała czarny płaszcz, kapelusz z wielkim rondem i siadała w przedziale dla oficerów. Już po chwili zasypiała z głową na czyimś ramieniu.
Tylko, że ona już od dawna udaje, że jest kimś innym. Do niczego się nie przyznaje – jakie getto, jaka łączniczka? Odmłodziła się o dziesięć lat, przybrała sobie włoskie nazwisko, pisze wiersze po włosku, nawet przetłumaczyli je na polski, takie tam wzdychy. Z nikim z nas nie kontaktowała się od lat, a jak kiedyś spotkała się w windzie z Alą Margolis, popatrzyła na nią tak, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.
Na koniec chciałabym Ci coś pokazać. We wszystkich wspomnieniach podajesz, że Twoja mama umarła, jak byłeś małym chłopcem, w 1933 albo 1934 r. A ja przeglądając w bibliotece Medema w Paryżu “Jidisze Cajtung” znalazłam jej nekrolog. Spisałam go sobie: “Z głębokim żalem zawiadamiamy o przedwczesnym zgonie oddanej długoletniej działaczki Bundowskiej, tow. Cypa Edelman”. Podpisane Warszawski Komitet Bundu. I data: 20 listopada 1937 r.
– Nie może być. Dałem ci przecież takie moje przedwojenne zdjęcie, które niedawno ktoś mi przysłał. Ile mogę mieć na nim lat? 13? 14? Nie więcej. A mnie się zdaje, że to zdjęcie było zrobione już po śmierci mamy.
No, ale ja zawsze powtarzam, że sprzed wojny pamiętam tylko jakieś strzępy i okruchy, oderwane epizody i żadnych dat. U Imre Kertesza, tego noblisty, wyczytałem, że jemu przydarzyło się coś podobnego, też mu się wytarły z pamięci przedwojenne wspomnienia, też zapomniał, kim był i jaki był.
Do mnie czasem przypływają jakieś obrazki.
Na przykład, że w jakiś piątkowy wieczór siedzę na parapecie w naszym mieszkaniu na Franciszkańskiej 14 i liczę Żydówki, które niosą garnki z czulentem, żeby je wsadzić do rozgrzanego pieca w pobliskiej piekarni. Idą w stronę Gęsiej, do tych większych numerów. A w sobotę po południu te garnki z czulentem niosą z powrotem szabes gojki. Albo że siedzę w stołowym u naszej sąsiadki z Franciszkańskiej, pani Lewinson, która była buchalterką i po śmierci mamy zapraszała mnie czasem w sobotę na rybę podawaną na ciepło z kluseczkami. Jej córka była żoną malarza Fridmana i on namalował jej akt. Ten obraz wisi w sypialni, oglądam go przez szparę w drzwiach. Taka świetlista, naga kobieta na intensywnie niebieskim tle.
W 1939 r. na nasz dom spadła bomba, u Lewinsonów wszystko się spaliło, obraz też, i już tylko ja jeden mam go przed oczami.
——–
Edelman opowiada o Powstaniu w Getcie
 Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Gazeta Wyborcza 2008-04-17
Marek Edelman: Przestańcie robić ze mnie jakiegoś bohatera. Kogo to obchodzi, ile było karabinów i kto gdzie strzelał. Mówicie o tym tak serio, ale przecież wtedy byliśmy też młodymi ludźmi, gówniarzami. Wiecie ile wygłupów było nam w głowie?
W kilka godzin po zagładzie bunkra i śmierci Anielewicza, już wieczorem, Edelman wraz z kilkoma innymi osobami, w tym z “Celiną”, idzie sprawdzić, co się dzieje na Miłej. Idą przez morze ruin. W pewnym momencie pod “Celiną” załamuje się strop piwnicy… Edelman w ostatniej chwili ratuje jej życie. Wtedy też odnajduje piętnaście cudem ocalałych osób ukrytych w skrytce pod drzwiami i od nich właśnie dowiaduje się, co się stało w bunkrze…
To jedna z tych chwil, kiedy ratuje cudze życie. Bo choć nigdy nie będzie o tym lubił mówić, wiadomo, że samą tylko “Celinę” jeszcze dwukrotnie uratuje podczas Powstania Warszawskiego.
Niespodziewanie – nawet dla samego siebie – staje się w tym czasie oparciem dla innych. Joannie Szczęsnej powie, że nie wie, czemu ludzie go słuchali, bo przecież nie był zbyt poważny.
Dziś dodaje: – No dobrze – byliśmy dzielni. Odważni. Ale wojskowo? Jak popatrzeć na Niemców – to nas nie było. Wiec ważniejsze chyba, że kierowaliśmy się jakimiś wspólnymi wartościami.
I przyjaźń też była tu ważna.
Pnina Grynszpan-Frymer opowie Ance Grupińskiej (“Ciągle po kole”) podobną historię: “Marek był komendantem terenu, a komendantem grupy był Jurek Błones. Marek robił takie alarmy nocne, sprawdzał naszą gotowość. Z zegarkiem w ręku patrzył, w jakim czasie jesteśmy gotowi do ataku. Był bardzo zimny i bardzo odważny. On był odpowiedzialnym człowiekiem i dlatego czułam się przy nim bezpiecznie.
Już w czasie powstania po likwidacji terenu szczotkarzy przeszliśmy z getta centralnego do bunkra przy Franciszkańskiej 32. Marek był organizatorem tego przejścia. Przeprowadził trzy grupy – moją, czyli Hersza Berlińskiego, grupę Droru Henocha Gutmana i swoją – bundowską”.
Kiedy wiosną 2008 roku rozmawiamy z Pniną w Tel Awiwie, uzupełnia opis tamtej sytuacji:
“Marek to był mój komendant. Dosłownie. To było tak: mój ówczesny dowódca nagle zapowiedział, że chce sam, bez nas, przejść na aryjską stronę. To mnie załamało. I kiedy podeszłam do Marka i mu o tym powiedziałam, odpowiedział spokojnie: “Nic się nie bój – teraz ja będę twoim dowódcą. I nic ci się nie stanie. Bądź spokojna…”
Edelman: “W powstaniu miałem też pod sobą paru komunistów. Gdzieś na początku maja zaczęli jęczeć, że mają za mało broni, i oświadczyli mi, że zaczynają głodówkę. Proszę bardzo, mówię, nie ma co jeść – bo i tak nie ma co jeść – możecie sobie robić głodówkę. Tyle że akurat znalazł się jakiś cukier. Ktoś rozmieszał go z wodą i wszyscy mogli pić. A ci tu – głodówka. Ja buntów nie znoszę. Mówię do moich: rozbroić ich i doprowadzić! A oni dalej mówią, że nie będą pić tej wody z cukrem. Miałem jednak gnata… No i wypili…”.
Jaka różnica w porównaniu z Edelmanem z samego początku getta! Adina Blady-Szwajgier, Inka, napisze o wcześniejszych chwilach: “Był piękny lipcowy dzień. To było jeszcze przed zamknięciem getta. Ja przyszłam do pracy do szpitala w takiej bardzo ładnej, przedwojennej garsonce z krepy. To ważne, że z krepy, bo tego materiału nie należy moczyć. Podeszłam do okna, a tam, przed budynkiem, Marek podlewał trawnik. Jak mnie zobaczył, spokojnie skierował sikawkę w moją stronę. Wyskoczyłam przez okno, to był parter, i zaczęliśmy się bić na trawniku”.
Gdy Paula Sawicka w kilkadziesiąt lat po wojnie na jego prośbę odwiedzi w Nowym Jorku jego dawną narzeczoną Stasię i zapyta, jaki wtedy był, usłyszy: „Bezwzględny. Ale wszyscy czuliśmy się przy nim bezpieczni”.
Sawicka: „Stasia mówiła mi: »Wszyscy na nim polegaliśmy. Siedzieliśmy w domu i czekaliśmy, aż przyjdzie i przyniesie bańkę zupy. Inaczej bylibyśmy głodni. Nie musieliśmy się o nic bać, bo wiedzieliśmy, że Marek wszystko załatwi «. To wyznanie było niesamowite również przez to, że oni wszyscy byli od Marka starsi”.
Stasia, czyli Ryfka Rozensztajn. Pięknie, jak będzie wspominał Edelman, śpiewała, miała piękny głos, ładnie rysowała, miała czarne warkocze i była dla niego podporą.
Edelman opowiadał kiedyś Sawickiej, że Stasia w getcie zarabiała, malując fantazyjnie rączki od parasoli. Gdy Sawicka zdziwiona pyta, jak to możliwe, że to się sprzedawało (“W getcie?!?”), usłyszy: “A ty co? Myślisz, że w getcie deszcz nie padał?”.
Więc Stasia była dziewczyną Marka Edelmana. Choć wygląda też na to, że była z Welwłem Rozowskim “Włodkiem” na początku wojny… W każdym razie Alina Margolis pamięta, że o Rozowskim mówiło się “mąż żony Marka”. Paula Sawicka: “A mnie Inka mówiła, że o Marku mówiono “mąż żony Włodka”.
W małym zbiorku opowiadań Aliny Margolis “Ala z elementarza” jest opowiadanie “Strzały” opisujące tamte czasy i zmieniające nazwiska bohaterów. “Pnina, która nigdzie nie wychodziła, gotowała codziennie jakąś zupę z erzaców. Czasem pływały w niej skrawki końskiego mięsa. Mieszkała z mężem i przyjacielem. Nie byłam tym nawet zdziwiona.. Dziwiłam się natomiast, że nikt nie protestował, gdy zostawiała dla nich najlepsze kąski pływające w rzadkiej zupie”.
Edelman: “Stasia to była moja dziewczyna! Ale choć od niej nauczyłem się całego życia, to się słuchała! Znałem ją wcześniej, jeszcze jako wielką działaczkę w Skifie, gdy ja byłem kompletnym gówniarzem”.
– To jak się to stało, że został Pan szefem?
“Po prostu postawili mnie w takiej sytuacji, że mam rządzić, i wtedy wszystko staje się bez znaczenia. A że nie byłem aniołem… Wszystko dlatego, że bardzo szybko zależało ode mnie ich życie. l Inki, i Stasi, i Tosi Goliborskiej…. To przez to te wszystkie wzdychy… To zresztą nie ma znaczenia. Ważne jest, że było powstanie, że był opór, że trwał długo i że wielka armia niemiecka, która miała tysiące żołnierzy, musiała trzy tygodnie walczyć z dwustoma chłopakami. To jest ważne, a nie to, czy ktoś strzelał z rogu Niskiej, czy z okna ze Śliskiej… Zresztą zwykle nikt nie strzelał, bo nie było czym.  Zresztą – co ja mogłem? Przecież takich, co to im się wydawało, że ode mnie zależą, było dużo. Bardzo dużo. Tylko że niewielu przeżyło”.
– Pańscy podwładni, koledzy z getta mówili, że był Pan jak ojciec: że chociaż tak samo młody jak oni, opiekował się Pan nimi.
“Miałem stanowisko i byłem za nich odpowiedzialny. Jak się jest odpowiedzialnym, a szczególnie jak to jest takie niby wojsko, to wszyscy muszą być posłuszni dowódcy. Ci, którzy byli nieposłuszni, zginęli, a ci, co byli posłuszni, przetrwali. Potem różne rzeczy się działy, ale do 10 maja ci, którzy byli posłuszni, byli w grupie, nie mieli własnych pomysłów – przetrwali. Więc to nie jest żadna opieka. Co zresztą znaczy opieka, jeśli chodzi o… Ta mała się bała, więc powiedziałem: chodź koło mnie, będę cię trzymał za rękę. Jej oczywiście nic nie mogło pomóc, ale poczuła się pewniej. To nic nie było, ona robiła to samo co inni, bała się, ale jej się zdawało, że jak mnie trzyma za rękę, to jest dobrze. Ile ona miała lat, szesnaście czy niewiele więcej… Ja się nie dziwię. Ale to nie jest opieka. Jak się jest na jakimś stanowisku, to się ma obowiązki. Mogłem nie wziąć tego stanowiska, ale wziąłem. Też przez przypadek, bo przecież nie powinienem tam być. Tam powinien być taki doświadczony człowiek, który… Ale on ustąpił. Nikogo nie było, to mnie tam popchnęli i dlatego tam byłem. To wszystko jest zbieg okoliczności, przypadek”.
– Pan też mógł przecież powiedzieć: nie.
„Mogłem, ale nie powiedziałem, bo sam wcześniej głosowałem, żeby tę organizację stworzyć. Jak się już na coś zgodzisz, masz wykonywać swoje zadania, to, co do ciebie należy. A wy szukacie tylko »duszy «”.
*Rozdział z książki Witolda Beresia, Krzysztofa Burnetki pt. “Marek Edelman. Życie. Po prostu”. Świat Książki, Warszawa 2008
———–
Fragment książki Edelmana “I była miłość w getcie”
Marek Edelman, żołnierz Żydowskiej Organizacji Bojowej, ostatni żyjący…, Gazeta Wyborcza 2009-02-08
Lekarze szli nielegalnie do chorych w getcie, tam, gdzie prosiłem – taki chłopak, taki nikt, goniec. Nie wiem, dlaczego mnie słuchali, takiego gówniarza, oni, poważni ludzie – Fragment książki “I była miłość w getcie”.
Zanim wojna wybuchła, byłem nikim. Chłopakiem po maturze. Bezczelnym chłopakiem. Niewychowanym. Pracowałem w takiej firmie – Ogoldwicht. Kazali mi sumować długie kolumny liczb, a ja zawsze błędy robiłem. Potem mnie wyrzucili i pracowałem jako sekretarz Komitetu Pomocy Żydom wyrzuconym z Niemiec do Polski.
W przeddzień wybuchu wojny wróciłem z wakacji do Warszawy. Wciąż byłem nikim, ale teraz nie miałem też pracy. Poszedłem do doktor Hellerowej, która znała moją mamę. Dała mi pracę gońca. Dalej byłem nikim, bo kim jest goniec w utrwalonej od dawna hierarchii szpitala?
(((
W szkole na Karmelickiej 29 znalazłem powielacz. Po prostu stał sobie w szafie. Trzeba było zrobić z niego użytek. Znałem Rutkę, naczelną laborantkę w zakładzie fotograficznym Dagera. Otóż Rutka miała aparat radiowy w piwnicy na Zamenhofa. Była na nasłuchu, a potem pisała ręcznie komunikaty z najnowszymi wiadomościami. Zacząłem je przepisywać na maszynie i powielać na tym znalezionym powielaczu. Nie pamiętam, jak to się stało, że w miejsce komunikatów z nasłuchu zaczął wychodzić “Biuletyn”. Stasia [Rozensztajn] narysowała winietę i ten sam nagłówek istniał przez cały czas getta. Nie umiem też powiedzieć, kiedy to się zaczęło, ale bardzo wcześnie. “Biuletyn” był w getcie gazetą Bundu [partia żydowskich socjalistów].
I wtedy zacząłem być u bundowskiego szefostwa na posyłki.
Maurycego Orzecha nie mogłem znać przed wojną. Wiedziałem, oczywiście, kim jest. To była ważna osoba i miał już z 50 lat.
Berka Sznajdmila musiałem znać przed wojną, bo był dowódcą młodzieżowej milicji Cukunftu [przybudówki Bundu]. Uczył tych młodych samoobrony i jak posługiwać się sztalrutką. To była niewielka, zrobiona z żółtego metalu rurka-rączka, którą trzymało się schowaną w dłoni, a jak się nią umiejętnie potrząsnęło, to za sprawą trzech ukrytych wewnątrz sprężyn wydłużała się w długi kij, i to była świetna broń. Bo bronią przeciwnika [np. bojówek ONR-u] były kastety i żyletki. A dokładniej, przytwierdzone powyżej kolan deseczki z obsadzonymi na sztorc żyletkami.
Ich posiadacze “patrolowali” najczęściej Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, a każdego napotkanego Żyda częstowali kopniakiem z tak uzbrojonego kolana. Lubili znęcać się nad żydowskimi dziećmi, które w pierwszych dniach września przychodziły po podręczniki do księgarni Gebethnera i Wolfa na Krakowskim Przedmieściu, dziś jest tu księgarnia naukowa im. Prusa.
Dla Bernarda Goldsztajna, chociaż był ojcem mojego przyjaciela, miałem wielki respekt, bo był w Bundzie ważną i popularną postacią.
Szmula Zygielbojma znałem, jego syn należał do naszej paczki. Przyjechał z Łodzi w pierwszych dniach września 1939 r. i podczas obrony Warszawy organizował żydowskie bataliony robotnicze. To był wielki działacz bundowskich związków zawodowych. Zawsze dużo pisał i do czasu opuszczenia getta i Polski pisał również do “Biuletynu”. Wyjechał w grudniu 1939. W getcie widywałem go czasami u Estery Iwińskiej. [W maju 1943 r. w Londynie Zygielbojm popełni samobójstwo na znak protestu przeciw bezczynności aliantów wobec ludobójstwa Żydów].
Esterę Iwińską, siostrę Altera [Wiktor, działacz Bundu, zamordowany potem przez NKWD], znałem sprzed wojny. To chyba ona załatwiła mi posadę u Ogoldwichta. Zawsze mnie objeżdżała, kiedy do niej przychodziłem. Była wielkim adwokatem politycznym i wielkim autorytetem, więc potulnie jej słuchałem. Wyjechała niedługo po Zygielbojmie.
(((
Dość szybko na tym powielaczu Bund zaczął wydawać “Biuletyn”, a ja zajmowałem się powielaniem i kolportażem. Przecież byłem tylko gońcem, młodym chłopakiem, a oni doświadczonymi działaczami i autorytetami.
Kiedyś poszła plotka, jak się okazało później, nieprawdziwa, że ktoś, gdzieś jest podejrzany i może sypie. Na wszelki wypadek szefostwo Bundu kazało zawiesić wszystkie kontakty. A ja właśnie robiłem “Biuletyn”, był prawie gotowy, a że byłem bezczelny, w tajemnicy przed nimi go skończyłem. Ale nie miałem jak go rozkolportować, bo i kolportaż był zawieszony. A szkoda mi było tych 500 egzemplarzy z najnowszymi wiadomościami z frontu, które z każdym dniem traciły aktualność.
Nie wiedziałem, co zrobić, ale w końcu wymyśliłem. Kupiłem kiełbasę, pół litra wódki i zaprosiłem Bernarda, Berka i Abraszę Bluma. Była też Stasia, ona umiała przyrządzić taki napój, niby-herbatę. Musiało być jeszcze coś do picia, bo co to jest pół litra wódki?
I przy tej wódce powiedziałem im, że mam 500 egzemplarzy “Biuletynu” i dwie łączniczki: Miriam Szyfman, która była szefową wszystkich kolporterek (to jej kiedyś pękły w dorożce majtki wyładowane bibułą), i Zosię – sprawdź, jej nazwisko jest na pomniku zabitych w Zielonce. [Chodzi o pomnik postawiony tuż po wojnie na cmentarzu żydowskim przy Okopowej w Warszawie. Pochowano tam ekshumowanych bundowców – bojowników z getta, którzy zostali zadenuncjowani i rozstrzelani w 1943 r. Zosia została pochowana jako Fajgełe Goldsztajn].
Powiedziałem, że muszę to rozkolportować, bo “Biuletyn” będzie zaraz do wyrzucenia. Niby pytałem o zgodę, ale nie pamiętam, czy nie powiedziałem im tego już po fakcie. Tak czy tak, swoje zrobiłem i akceptację dostałem.
Niedługo potem praca zamarła. I zrobiła się z tego sprawa. Szef Cukunftu, Henoch Rus, domagał się od szefostwa zgody na wznowienie działalności. A oni mu wtedy powiedzieli: – Co ty się tyle pytasz? Marek nie pytał i zrobił.
Ten Rus to był też poważny człowiek, nie to co ja. Do tego czasu nikt się ze mną nie liczył. Byłem od drukowania gazetek i dla szefostwa na posyłki. Ale widać wciąż byłem bezczelny. A od czasu tej historii z “Biuletynem” mogłem robić, co chciałem, i nikt mi się nie wtrącał. To wtedy chyba zaczęli mnie słuchać. Sam się do nich wdrapałem.
Henoch Rus miał małe dziecko. I to dziecko zachorowało. Sprowadziłem ze szpitala lekarza, który powiedział, że konieczna jest transfuzja. Okazało się, że nie ma odpowiedniej grupy krwi. A mnie właśnie zbadali krew i dostałem kartkę, że mam grupę “0”, więc powiedziałem, żeby wzięli krew ode mnie. Wtedy się uważało, że “0” można dać każdemu. To była tragiczna scena: przetoczyli dziecku moją krew, a ono dostało wstrząsu i umarło. Dużo później okazało się, że pomylili moje wyniki i dostałem cudzą kartkę, bo naprawdę mam grupę AB.
Potem była akcja i brali wszystkich na Umschlagplatz. A do mnie przyszedł Rus i powiedział: – Jestem ci wdzięczny, że moje dziecko umarło na łóżku z powodu twojej krwi, a nie poszło do wagonu [i do obozu zagłady].
(((
Patrzę na siebie, gońca w szpitalu, i zastanawiam się, jak to było. Ile razy była potrzeba, szedłem do tych lekarzy i oni mnie słuchali, szli tam, gdzie prosiłem, taki chłopak, taki nikt, goniec – musiałem być strasznie bezczelny – nie wiem, dlaczego mnie słuchali, takiego gówniarza, oni, poważni ludzie. Pracowali w szpitalu i żeby spełnić moją prośbę, musieli stamtąd wyjść nielegalnie, bo nie wolno im było opuszczać szpitala i pójść do jakiegoś obcego mieszkania. Ryzykowali za nic, bez pieniędzy, tylko dlatego, że poprosiłem.
Ciekawe, dlaczego oni tak szli. Wszystkie te przypadki, do których ich zabierałem, były wtedy w getcie codziennością. Za każdymi drzwiami byli chorzy potrzebujący lekarza.
I zawsze się zastanawiam, dlaczego doktor naczelna dała mi numerek życia, przecież w szpitalu byłem tylko gońcem.
Skróty od redakcji “Gazety”  – Książka Marka Edelmana „I była miłość w getcie”, z przedmową Jacka Bocheńskiego, ukazuje się w tych dniach nakładem Świata Książki – Opowieści Marka Edelmana wysłuchała i zapisała ją Paula Sawicka.
———
SULLA SUA PARTECIPAZIONE ALL’INSURREZIONE DI VARSAVIA DEL 1944
Marek Edelman: Strzępy pamięci

Marek Edelman, GW 2008-10-24
Powstanie Warszawskie jest wielokroć opisane z każdej strony i nie miałbym nic do dodania, gdyby nie to, że jako jego żołnierz byłem w szczególnej, innej niż większość powstańców sytuacji.
1 sierpnia 1944 – pierwszy dzień Powstania Warszawskiego. Mieszkaliśmy wtedy z Antkiem i Celiną na Lesznie w kamienicy sąsiadującej z kościołem ewangelickim. To było jedno z dwóch mieszkań na drugim piętrze w drugiej oficynie. Miało fachowo przez murarza wybudowaną w jednym z pokoi dodatkową ścianę, za którą w ten sposób powstała skrytka. Mieszkanie kryła Marysia Sawicka, która wraz ze swoją ciotką Anną Wąchalską uczestniczyła w organizowaniu naszego życia po aryjskiej stronie. Kryła mieszkanie, to znaczy wynajmowała je na swoje nazwisko, no i przychodziła tam do nas, donosząc jedzenie i wiadomości. Tego dnia zjawiła się wczesnym popołudniem i powiedziała, że na rogu Żelaznej i Twardej za darmo rozdawali “Biuletyn Informacyjny”.
Słyszała, że wydrukowano 50 tysięcy egzemplarzy, ale wszystko wcześniej rozdali i dla niej już nie starczyło. Na Wolskiej widziała niemieckie furmanki załadowane meblami, tobołami, rannymi żołnierzami jadące w kierunku Łowicza. Nastrój w mieście jest dziwny, wszyscy są rozradowani. Chociaż plotka mówiła, że zostały odwołane kolejne mobilizacje, i teoretycznie nikt z nas nie wiedział, że dziś ma wybuchnąć Powstanie, w mieście czuło się podniecenie.
I nagle koło piątej usłyszeliśmy na schodach tupot wielu nóg. Wyjrzeliśmy przez szparkę w drzwiach i zobaczyliśmy, jak od sąsiadki z naszego piętra jeden za drugim wychodzą młodzi uzbrojeni ludzie. Tę sąsiadkę przez cały czas uważaliśmy za niepewną, a nawet obawialiśmy się jej, sądząc, że nas obserwuje, bo zawsze, kiedy u nas otwierały się drzwi, wyglądała na schody. Tymczasem, mając w domu arsenał, nie mogła nikogo być pewna i niewątpliwie dlatego tak podejrzliwie nas lustrowała. Młodzi ludzie zeszli na podwórko, a my mogliśmy zobaczyć, jak się tam gromadzą i zakładają na rękawy biało-czerwone opaski. Nie widzieliśmy, jak wychodzą na ulicę ani co się tam dzieje, bo byliśmy przecież w oficynie. Jednak po niedługim czasie z daleka dobiegły nas strzały. Najpierw pojedyncze, a potem coraz gęstsze. A zatem Powstanie!
Siedzieliśmy w mieszkaniu bez żadnych wiadomości. Przez cały czas dręczyło nas pytanie – wyjść czy nie wychodzić? W takiej niepewności minęły nam z dwie godziny. Nagle koło siódmej usłyszeliśmy pukanie do drzwi umówionym znakiem. Otworzyliśmy. W drzwiach stał Aleksander Kamiński. Przyniósł wiadomość. Jurek Grazberg, działacz harcerski, stały współpracownik Kamińskiego jeszcze sprzed wojny, z którym teraz redagował “Biuletyn Informacyjny”, nie żyje. Taki był nasz początek Powstania. Stało się to w pierwszych jego chwilach. Grazberg ukrywał się jak my. Mieszkał na Pańskiej w zakonspirowanym mieszkaniu. Kamiński bywał tam regularnie raz w tygodniu odbierać zredagowane przez Jurka wiadomości z kraju. Na wieść o wybuchu Powstania Jurek wziął broń i wyszedł z mieszkania, żeby się przyłączyć. Zaledwie zszedł na dół, zatrzymał go oddział powstańczy. Rozstrzelali go natychmiast jako Żyda, który musi być prowokatorem, skoro miał broń. Dosłownie minuty po tym zjawił się tam Kamiński, który przyszedł po Jurka, ale na podwórku znalazł tylko trupa. A po oddziale, który zajmował ten dom, nie było już śladu.
Kamiński przestrzegł nas, ledwie przekroczył próg naszego mieszkania. “Musicie znaleźć oddział, który was zechce, nie możecie iść do pierwszego lepszego, a tylko tam, gdzie zapewnią wam bezpieczeństwo”. Powiedział to i wyszedł.
Zobaczyłem go znów dopiero w 1945 roku w Łodzi na seminarium babci Radlińskiej. Helena Radlińska była znanym i poważanym socjologiem i pedagogiem, a raczej społecznym pedagogiem, przed wojną organizatorką Wolnej Wszechnicy Polskiej. Teraz była bardzo chora. Seminarium, na które przychodzili studenci nie tylko socjologii, ale ze wszystkich niemal wydziałów uniwersytetu, wśród nich i ja, prowadziła w swoim mieszkaniu w starej łódzkiej kamienicy, leżąc w łóżku ustawionym w wielkim pokoju. To był mroźny zimowy dzień, przyszedłem wcześnie, więc mogłem wybrać lepsze miejsce – stałem oparty o ciepły piec. Po mnie zjawił się Kamiński, stanął obok pod piecem, rzucił na mnie okiem, ale jakby mnie nie poznał, a w każdym razie się nie odkłonił. Potem się dowiedziałem, że jest u Radlińskiej adiunktem. Był już wtedy autorem powszechnie i z zachwytem czytanych przez nas Kamieni na szaniec. Więcej nigdy nie miałem z nim kontaktu, chociaż mieszkał w Łodzi. Kiedyś, już w latach osiemdziesiątych, będąc u doktora Józefa Rybickiego, zapytałem, dlaczego Kamiński nie przystąpił do KOR-u. Wtedy pan Rybicki wstał powoli z fotela, podszedł do łóżka, na którym było rozłożone całe jego archiwum, i ze sterty papierów wyjął gęsto zapisaną kartkę, mówiąc: “Ja go zaprosiłem i tu jest odpowiedź. Sam pan rozumie, że odpowiedź musi być odmowna, skoro jest taka długa”. Zapytałem, czy mogę ją przeczytać. “Nie, bo to jest nasza prywatna korespondencja”. Ciekawe jest z pewnością całe to łóżkowe archiwum. Zatem Kamiński udzielił nam rady i wyszedł. A my dalej głowiliśmy się nad tym, co robić. Nie mieliśmy żadnego takiego oddziału. Co nas jeszcze martwiło to to, że główna łączniczka między Kamińskim i nami, Zielona Marysia, nie przyszła. Dowiedzieliśmy się potem, że wysłał ją pod Warszawę z jakimś zleceniem, a kiedy Powstanie wybuchło, nie mogła już się dostać do miasta. Ale to się okazało o wiele później. Zostaliśmy wszyscy w domu. A jednak gdzieś koło ósmej, już zapadał zmierzch, poszedłem na róg Żelaznej i Grzybowskiej do Bronka Spiegla i Haliny Bełchatowskiej, którzy wrócili niedawno z lasu i mieszkali u Świętochowskiego. Ściemniło się. Przegadaliśmy całą noc. Oni o lesie, o tym, dlaczego trzeba się było z lasu wynosić, jak się wydostali z okrążenia. Byli jeszcze bardzo napięci. Halina bardziej przytomna, rzeczowa, “No, nareszcie będziemy żyli”.
Rano wróciłem na Leszno. Antek z Celiną i Stasia wciąż tam byli. Ciągle nie było wiadomo, co robić. Ani dokąd pójść. Chyba koło godziny dziesiątej przyleciał Kaziutka. Podobno noc spędził w Sądach na Lesznie. Ten powiślak zawsze i wszędzie musiał się wkręcić i wszystko musiał wiedzieć. Co tam robił, nie wiadomo. Potem, nie wiadomo po co, poszedł na Stare Miasto. Na Długiej, przed kościołem garnizonowym znalazł jakiś papierek, który, kiedy go obejrzał, okazał się kartką wyrzuconą przez naszego kolegę. Pisze Julek Rutkowski, czyli Fiszgrund, syn Salo Fiszgrunda, że został zatrzymany przez staromiejską żandarmerię i że jest w jej areszcie. Kazik się zakręcił, zakręcił i tam też trafił. Jakiś major przesłuchiwał Julka na okoliczność, że jest żydowskim szpiegiem i dywersantem, bo nielegalnie posiada broń. Na godzinę dwunastą wyznaczono sąd polowy. Kazik dotarł do majora i zaczął mu tłumaczyć, kim jest Julek. Nie wiadomo, co za bajki naopowiadał o Julku i jego zasługach, przedstawiając go jako wielkiego wodza podziemia. A że umiał barwnie opowiadać, więc w końcu Julka wypuścili. Ten zaś, wychodząc z aresztu, spotkał swojego szkolnego kolegę, który był w oddziale batalionu czwartaków AL i tam już z nim został. W ten sposób i przez to Julek został komunistą.
Kiedy Antek usłyszał, że są gdzieś komuniści, zaczął szukać swoich znajomości, bo przecież cały czas prowadził podwójną grę i utrzymywał kontakty i z komunistami, i z AK. W końcu odnalazł na Podwalu kogoś z dowództwa AL na Starym Mieście. O ile się nie mylę, spotkał Kowalską. Wieczorem wrócił pełen animuszu, że znalazł oddział, który nas chce i zagwarantuje nam bezpieczeństwo. Nazajutrz miały się odbyć rozmowy o utworzeniu grupy bojowej ŻOB-u. Ale przy mnie miał zasznurowane usta, że to komuniści. Z samego rana Antek wybiegł prowadzić swoje pertraktacje. Wrócił tajemniczy, że wszystko będzie, będzie, będzie. Ale na razie tylko dym. Za to Kazik sprowadził do nas swoją panienkę, a że oboje to niespokojne duchy, ciągle gdzieś latali, ale nigdy nie było wiadomo dokąd.
Nadszedł trzeci dzień Powstania, a tu ciągle dym. Do Śródmieścia nie można się było przedostać. Z nikim ze znajomych nie miałem kontaktu. A na dwa dni przed Powstaniem nasza łączniczka, oczywiście z Kazikiem, odebrała z ulicy Frascati pierwszą przesyłkę dla ruchu syjonistycznego. To było czterdzieści tysięcy dolarów, sztabka złota i jeszcze coś. Chyba pierwszy raz w życiu zobaczyli naraz tyle pieniędzy, więc zamiast zacząć robić z nich użytek, zrobili w naszej skrytce na Lesznie jeszcze jedną skrytkę i tam wszystko schowali.
Antek swoje pertraktacje z – jak się w końcu dowiedziałem –komunistami prowadził do szóstego dnia Powstania. Wreszcie uchwalił z nimi, że przy AL powstanie grupa bojowa ŻOB-u. Uzbierało się nas kilkanaście osób: nasza czwórka, do tego Kazik ze swoją dziewczyną, znalazły się jeszcze jakieś nasze łączniczki ze Śródmieścia, które tu zastało Powstanie. Była z nami również Marysia Sawicka.
Siódmego sierpnia rano wyruszyliśmy. Dowództwo AL-u ulokowało się na Podwalu, na skos za kościołem garnizonowym na Długiej. Kiedy się tam stawiliśmy, przydzielono nas do drugiego plutonu trzeciej kompanii, albo może odwrotnie, który stacjonował na Świętojerskiej, w piwnicy posesji, do której można było dojść podwórkami od Długiej. Dowódcą był Witek, tramwajarz, czarujący chłop. Po południu Antek i Celina skapowali się, że wszystkie pieniądze zostawili w skrytce na Lesznie. A barykada powstańcza była na rogu Przejazdu i Leszna, patrząc od nas, za Pasażem Simonsa. Nasze mieszkanie na Lesznie znalazło się już po niemieckiej stronie. Nie wiem, jak Antek namówił Kazika, żeby zgodził się pójść po te pieniądze. Zabrał ze sobą swoją dziewczynę, Marysię Sawicką, Stasię i jeszcze dwie-trzy osoby.
Kawałek Leszna z naszym mieszkaniem był w rękach niemieckich, ale posterunki były jeszcze rzadkie i dotarcie tam było możliwe. Poszli. Ale mijały godziny, a oni nie wracali. Kaziutka się zapodział. Zrobiła się ciemna noc, zacząłem się niepokoić. Ale i ja miałem swoje chody. Przez Jasia Strzeleckiego wyrobiłem sobie przepustkę na przejście na niemiecką stronę. Zgłosiłem się do dowódcy placówki na rogu Leszna i Przejazdu, pokazałem przepustkę, przepuścili mnie bez trudności. Znalazłem się na Lesznie po parzystej stronie i szybko zmierzałem do naszego mieszkania. Okazało się jednak, że w kościele i na jego dziedzińcu stali już Niemcy. Zobaczyli mnie i zaczęli strzelać. Wskoczyłem do bramy, chyba pod dwunastym. Wszystkie domy aż do Przejazdu były już podpalone. Co się wychyliłem, Niemcy do mnie strzelali. Aż się wziąłem na swój wypróbowany sposób. Odczekałem mniej więcej dwa-trzy papierosy, wtedy następował moment, kiedy zapał Niemców na chwilę słabł, i przeskoczyłem do następnej bramy. Stamtąd piwnicami pełnymi ludności cywilnej obrzucającej mnie niechętnymi spojrzeniami, że przez powstańców ma taki ciężki los, dotarłem na powrót do placówki na rogu Przejazdu. Tam zatrzymał mnie powstańczy patrol. Spojrzeli na moją przepustkę i powiedzieli: “A to co, Żyd? Dawaj pod ścianę, bo to musi być szpieg”. Było ich czterech na mnie jednego. “Ręce do góry, podpaliłeś Leszno, ty Żydzie wstrętny!”. Ale idioci nawet mnie nie zrewidowali, więc nie wiedzieli, że do tego wszystkiego mam jeszcze broń. Ich doświadczenie w zabijaniu Żydów musiało być niewielkie, myślę, że to byli jacyś gówniarze. Zacząłem się z nimi szarpać. Wszystko to się działo pod drzwiami, za którymi spał ich dowódca, ten sam, który mnie wypuszczał na niemiecką stronę. Sięgnąłem do tych drzwi nogą i zacząłem w nie kopać. Udało mi się, bo dowódca wyszedł i potwierdził, że mnie zna. To mnie uratowało. Ale syjonistycznych pieniędzy nie uratowałem.
Przed naszą kwaterą od strony Długiej jak zwykle siedział Gustaw. Potem wyrósł z niego generał Edwin Rozłubirski. A wtedy miał z osiemnaście lat i nie wiem, kiedy spał, bo dwadzieścia cztery godziny na dobę w pogotowiu trzymał szmajsera. Zobaczył mnie i się zdziwił, bo już było późno. “A ty skąd się tu wziąłeś po nocy?”.
Wróciłem na kwaterę, ale zanim położyłem się spać, szturchnąłem Antka i mówię: “I co, wasze pieniądze tam się teraz palą?”.
Dlaczego Stasia poszła z Kazikiem? Myślę, że miałem taki nawyk, żeby bliskich wysyłać “za mur”, tam, gdzie bezpieczniej, gdzie mają większą szansę przeżycia. A ja dzięki temu miałem większą swobodę, nie musiałem się o nich martwić. Rzeczywiście, Stasia przeżyła. Wszyscy oni przeżyli. Siedzieli w piwnicy na Lesznie jakieś dwa tygodnie, aż ich w końcu Niemcy złapali i wywieźli przez Pruszków do Niemiec na roboty. No i tak. Antek całymi dniami konferował z komunistami. Nie wiem, o czym tyle rozprawiali, ale widać mieli wspólne tematy. No i chodził po ulicy Długiej i po Podwalu i zakręcał wąsika. Dziewczyny gotowały mu coś do jedzenia i tak spędzał całe dnie. Z naszej ŻOB-owej grupy ja jeden wychodziłem z kwatery na placówkę. Któregoś dnia, kiedy stamtąd wróciłem, podszedł do mnie Nastek (Matywiecki) i powiedział: “Marek, od dzisiaj nie będziesz spał w piwnicy, będziesz spał ze mną na trawniku, bo na dole w końcu kiedyś cię zabiją”. Odtąd spaliśmy na trawniku przed domem, jeden za drugim, on za moimi plecami, przykryci pałatką Nastka. A znowu Jaś Strzelecki lubił brać mnie pod pachę i razem przechadzaliśmy się po Długiej. “Chodź, pospacerujemy sobie, bo ja to robię na złość jednemu majorowi, ale nie powiem któremu”, mawiał wtedy.
Na placówkę chodziłem na Mostową do białego domku, jak go nazywaliśmy. To ten, w którym teraz jest teatr Stara Prochownia. Spokojnie tam nie było. Byliśmy przy skrzyżowaniu, gdzie zbiegały się ulice Mostowa, dalej w dół do Wisły przechodząca w Boleść, oraz biegnąca z biegiem Wisły ulica Bugaj, po naszej stronie Mostowej zmieniona w ulicę Rybaki. Na dzwonnicy kościoła św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu ulokował się niemiecki strzelec wyborowy i pojedynczymi strzałami zabijał ludzi, którzy przeprawiali się przez ulicę Bugaj. W ten sposób został ranny syn generała Orlikowskiego, który był dowódcą całej naszej placówki. Mniej więcej naprzeciwko nas, ale dalej w dół w kierunku Wisły, stał dom z czerwonej cegły, który nazywaliśmy czerwonym domkiem. Zajęli go Niemcy i stamtąd strasznie nam życie obrzydzali. Bezustannie nas ostrzeliwali. Zaopatrzyliśmy się więc w paczkę z prochem i własnej roboty zapalnik i którejś nocy podkradliśmy się pod ścianę czerwonego domku. Podłożyliśmy paczkę, podpaliliśmy zapalnik i uciekliśmy. Zawaliło się pół ściany. Ale mało to pomogło, bo Niemcy zrobili barykadę z worków z piaskiem i dalej nas ostrzeliwali. I tak przez cały miesiąc Powstania trwały potyczki między nami w białym domku i Niemcami w czerwonym. Był tam z nami przez cały czas chłopak, jeszcze dzieciak, może dwunastoletni. Był naszym łącznikiem. Nie odstępował nas. Wołaliśmy na niego Wróbel. Jak trzeba było, latał na Długą, na Podwale, do komendy. Taki był z niego mały dorosły. Sytuacja robiła się coraz trudniejsza. Nie można już było obronić Starego Miasta. W przeddzień było wiadomo, że nazajutrz będziemy się wycofywać. I właśnie tego dnia zginęło na Freta całe dowództwo AL-u. Nie wiem, kto zdecydował, że nasz oddział wycofuje się na Żoliborz. Heniek, podporucznik i nasz bezpośredni dowódca, zarządził ewakuację, a małemu Wróblowi rozkazał zostać w ariergardzie. Wszyscy mają wychodzić, a ten mały ma zostać i nas osłaniać. Chłopiec się rozpłakał. Przecież bał się zostać sam. I Heniek go zastrzelił za niewykonanie rozkazu. Potem na Żoliborzu został pozbawiony funkcji i miał stanąć przed sądem, ale nigdy do tego nie doszło. Całe trzy tygodnie nic nie robił, tylko się kręcił wyelegantowany po podwórku czwartej kolonii. Ale i tak sprawiedliwość go dosięgła. Po wojnie zrobili go attaché wojskowym w Jugosławii. Wybrał się na placówkę samochodem, ale nie dojechał na miejsce. Zabił się po drodze w wypadku. Nie powiem, żeby ci, którzy z naszego plutonu zostali przy życiu, szczególnie się tym zamartwiali. Ale przeżyło niewielu. Spotykałem ich pod hotelem Polonia, jak skupowali dolary, żeby rząd się mógł wyżywić. Opuszczaliśmy Starówkę kanałami. Zeszliśmy do kanału w nocy. Z początku był dość niski, kilkadziesiąt metrów trzeba było przejść pochylonym, ale potem… wysoki, wygodny kanał. Szliśmy wyprostowani z suchą bronią, której nie groziło zamoczenie. Droga wręcz luksusowa. Woda płynęła wartko, więc każdy trzymał za pasek osobę, którą miał przed sobą. Tylko pod włazami trzeba było zachować ciszę, żeby nas nie wykryły niemieckie patrole, które mogły tam na nas czatować. Tak dotarliśmy do żoliborskiego burzowca. Tam trzeba się było przytrzymać linki, żeby się przeprawić na drugą stronę przez rwący strumień wody spływającej z Żoliborza prosto do Wisły. Przeszedłem bez kwestii. Następna była Celina, która dotąd szła za mną, trzymając się mojego paska. Do przeprawy przez burzowiec musieliśmy się rozdzielić. Jedna chwila i nurt wody ją porwał. Byłem wtedy zwinnym chłopcem, ale odpłynęła dobrych pięć-sześć metrów w stronę Wisły, zanim udało mi się ją złapać i wciągnąć z powrotem. Niedługo później podeszliśmy pod plac Wilsona, a tam oczekujący nas ludzie pomagali nam wychodzić z kanału. Był już dzień w pełni i słońce jasno świeciło. Panowała cisza i spokój. Bez pośpiechu udaliśmy się na czwartą kolonię WSM na rogu Krasińskiego i Suzina, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w pustych, chyba specjalnie dla nas przygotowanych mieszkaniach. Byliśmy głodni. Znalazłem worek i pobiegłem na Promyka poszukać Tosi, która po opuszczeniu getta mieszkała tam w pokoju wynajętym u państwa Glińskich. Ale Tosi nie było, mieszkanie było puste. U pani Nowakowskiej – jej dom na Święcickiego i dom państwa Glińskich sąsiadowały tylnymi ogródkami – też nikogo nie było. Ulica Promyka i okoliczne uliczki znajdowały się pod ostrzałem rosyjskiej artylerii zza Wisły i to pewnie zmusiło mieszkańców do opuszczenia domów. Ale okazało się, że pozostawili wanny pełne wody i piwnice nieźle zaopatrzone w jedzenie. Napełniłem worek, czym się dało, a przy okazji przestrzelałem jeszcze swoją nową pepeszkę, którą mi przydzielono po wyjściu z kanału, ale oczywiście w nic nie trafiłem, po czym wróciłem na kwaterę na czwartej kolonii. Nagotowaliśmy kaszy, omaściliśmy smalcem i najedliśmy się nareszcie do syta, bo na Starówce nie zawsze się to udawało. Witek, nasz dowódca, dał nam wolne do wieczora i powiedział, że od rana następnego dnia obejmiemy placówkę w domkach policyjnych między placem Lelewela a Potocką.
Nasz pluton stał w ostatnim domku przy ulicy Potockiej. Z daleka było widać szkołę pożarniczą, do której przeniosły się siostry zmartwychwstanki z klasztoru na rogu Krasińskiego i Stołecznej. W objętym przez nas domku zmienialiśmy się co dwanaście godzin. Mieszkańców domu już dawno tam chyba nie było i nie wiadomo, kto w międzyczasie w nim stacjonował. To był sam brud, smród i ubóstwo. Natychmiast oblazło nas najgorsze robactwo, wszystkie możliwe gatunki wszy. Na czwartą kolonię wracaliśmy, żeby się przespać. Pani Święcicka, właścicielka mieszkania, w którym kwaterowaliśmy, przychodziła tam w dzień z dwojgiem swoich małych dzieci. Stawiała na stole miskę z okropnie gorącą wodą i kazała mi w niej moczyć głowę. Kiedy wyjmowałem głowę z wody, wszystkie wszy pływały na powierzchni, a ja mogłem bezpiecznie nosić jej dzieci na barana. Do spania mieliśmy podłogę i tapczan, z którego gospodyni zapobiegliwie usunęła materac. Odchodziła, kiedy się zmierzchało.
Któregoś dnia przyszła do nas Tosia. Skądś się dowiedziała, gdzie jesteśmy, i już z nami została. Nasza grupa liczyła kilkanaście osób. Musiała się rozejść wiadomość o żydowskich powstańcach, bo dołączali do nas Żydzi z okolicy, wśród nich małżeństwo Kirszenbaumów. Byliśmy rozlokowani na parterze i na pierwszym piętrze. I tu miałem łącznika, dziewięcioletniego chłopca, na którego też wołaliśmy Wróbel. Zawsze się mnie trzymał. Chodził ze mną na placówkę do domków policyjnych. Szliśmy Suzina do Słowackiego, a po drugiej stronie Słowackiego półokopem wzdłuż ulicy Krechowieckiej biegnącej stromo w dół przez plac Lelewela. Tu dochodziliśmy do najniebezpieczniejszego miejsca całej trasy, bo wykop się kończył za wcześnie. Trzeba go było opuścić i przeskoczyć do piwnicy jedynego domu po lewej stronie. Właśnie w to miejsce nieustannie strzelali Niemcy. Tu znów stosowałem swój wypróbowany sposób. Wziąwszy Wróbla na ręce, wyczekiwałem odpowiedniej chwili i kiedy uznawałem, że czujność Niemców osłabła, przerzucałem dzieciaka do piwnicy. Niemcy musieli to widzieć, bo zaraz potem nasilali ostrzał, ale zawsze byli spóźnieni. Udawało mi się. I innym się udawało, aż postrzelili człowieka, który się kulom nie kłaniał, kapitana Hiszpana. Za dnia nie było jak go stamtąd wyciągnąć. Stracił przytomność. Dopiero w nocy udało się go wynieść do szpitala na Krechowieckiej ulokowanego w piwnicy tegoż domu, przed którym kończył się wykop. Pracował tam chirurg doktor Chmielewski. Do dyspozycji miał kubełek brudnej wody, szmatę, zwyczajną igłę i nici. Obmył więc Hiszpanowi zapiaszczoną nerkę, zaszył skórę na okrętkę i tak go zostawił. Hiszpan prawdopodobnie zmarł tej samej nocy. Na czwartej kolonii kwaterował sztab AL-u. Jego sekretarką w randze sierżanta była Bożena Puchalska. Miała wtedy może szesnaście lat i była piękną, zawsze promiennie uśmiechniętą dziewczyną. W jej rękach były wszystkie papiery i pieczęcie. Fałszywe i oryginalne. Druki kenkart, przepustek, pozwoleń i różne inne ważne i przydatne dokumenty. Bożena podlegała Kliszce. A Kliszko uważał, że ma tych dokumentów za mało, i zabronił wydawać fałszywe kenkarty Żydom. Ale to Bożena je przechowywała i na nasze szczęście wcale się z tym nie liczyła. Wystawiała i pieczętowała nie tylko kenkarty, ale również przepustki i inne dokumenty. Zachowywała się jak prawdziwy samodzielny władca nad papierami. A że się pięknie uśmiechała, wszyscy za nią przepadali. Któregoś dnia mieliśmy wolne, Niemcy ostrzeliwali czwartą kolonię z Dworca Gdańskiego. Jeden pocisk trafił w pustą szafę w naszym pokoju na pierwszym piętrze, ale wcale nie wybuchł. Drugi wylądował na parterze, urywając Kirszenbaumowi całą nogę razem ze stawem biodrowym. Nie zdążyliśmy nawet zejść na parter. W parę minut Kirszenbaum wykrwawił się na śmierć. Kirszenbaumowej nic się nie stało. Mieliśmy w oddziale fachowca, który pracował na cmentarzu. Nazywał się Zimny. Wiedział, że dla Żyda trzeba wykopać grób głęboki na dziewięć łokci, więc fachowo pochował na podwórku Kirszenbauma i jego nogę. Szybko po wyzwoleniu Warszawy Zimny pod nadzorem Salo Fiszgrunda przeprowadzał ekshumację. Kirszenbaumowa poprosiła wtedy, żeby po wydobyciu ciała z obcasa buta jej męża wyjąć dwadzieścia złotych dolarów, które tam schował. Czekała na koniec ekshumacji w jednym z pustych mieszkań na parterze, bo mieszkańcy jeszcze nie wrócili do swoich domów. Ktoś poszedł ją zawiadomić, że wszystko gotowe, a wtedy się okazało, że nie żyje. Umarła, kiedy zrywano obcas z buta jej męża. Oboje zawieziono na cmentarz żydowski i tam ich razem pochowano, ale nie wiem, w którym miejscu.
Do końca Powstania chodziliśmy na placówkę do naszego domku policyjnego. Niemcy zaczęli natarcie na Żoliborz. Rosjanie ostrzeliwali z katiuszy ulicę Potocką, a Niemcy podjeżdżali czołgami pod domki policyjne, strzelając wprost na nas. W oknie naszego domku usadowił się starszy jak dla mnie pan, który musiał być przedwojennym zawodowym żołnierzem. Ze zwykłego karabinu odgryzał się niemieckim czołgom. Jaki kolor ma na ścianie człowiek trafiony bezpośrednio pociskiem wystrzelonym z czołgu? Lilaróż. Trafił go niewątpliwie wprost w niego wycelowany pocisk czołgowy, który wpadł przez okno. Kolor lilaróż na ścianie prześladował nas jeszcze przez dwa dni, aż do kapitulacji. Z naszej pozycji w ostatnim domku tylko ja zostałem przy życiu, a w sąsiednim Karol. Nastąpiła kapitulacja, ale my o tym nic nie wiedzieliśmy.
Biegaliśmy jeszcze od okna do okna, po kolei z każdego strzelając, żeby sprawić wrażenie, że jest nas wielu. W końcu, w chwili spokoju, gapiąc się na swobodnie latające ptaki, zauważyłem, że siostry ewakuują się ze szkoły pożarnictwa. Zawołałem więc Karola i razem zeszliśmy do półokopu z tyłu domków policyjnych i poszliśmy w kierunku dolnego Żoliborza. Z początku rozmawialiśmy, ale potem droga zrobiła się trudna, szedłem pierwszy, on za mną i już nie mogliśmy rozmawiać. Kiedy się odwróciłem kilka minut później, nie zobaczyłem Karola. Nie wiem, co się z nim stało. Raczej nie mógł wtedy zginąć, bo już wówczas nie strzelano. Może nie odpowiadało mu moje towarzystwo? Nigdy go już nie spotkałem. Dalej poszedłem sam. Dotarłem do ulicy Mickiewicza, po której od strony Dworca Gdańskiego jeździły już niemieckie czołgi. Zaraz za placem Wilsona zszedłem do piwnicy kamienicy przy Mickiewicza naprzeciwko parku. Było tam pełno ludzi. Stanąłem oparty o ścianę i wtedy pod przeciwną ścianą zobaczyłem znajomą sylwetkę odwróconą do mnie tyłem. Bardzo przypominała Celinę. Przepchnąłem się do niej przez tłum. To rzeczywiście była Celina. Z jej ramienia zwisał sporo od niej większy stary rosyjski karabin. Okazało się, że postawili ją na warcie na siódmej kolonii, a potem wszyscy o niej zapomnieli. Na podwórku wisiały już w oknach białe prześcieradła, a ona, taka obowiązkowa, wciąż stała na warcie, bo nikt jej nie odwołał. Aż przyszli mieszkańcy i wyrzucili ją stamtąd. I też trafiła do tej piwnicy.
Przez Mickiewicza nie dawało się przejść. Od strony miasta jeden za drugim jechały niemieckie czołgi. Weszliśmy na półpiętro, żeby lepiej widzieć ulicę. Staliśmy i czekaliśmy, a razem z nami dziesiątki cywilów i żołnierzy. O zmroku nastąpiła chwila przerwy i wtedy z grupą dwudziestu osób przeskoczyliśmy przez jezdnię do parku. Stamtąd w dół, w dół, w dół, bo chcieliśmy się dostać do Tosi na Promyka. Tam, po drugiej stronie parku, mogliśmy się poruszać bez przeszkód. Było już zupełnie ciemno, kiedy dotarliśmy do ogródka willi, w której mieszkała Tosia. Zastaliśmy tłum żołnierzy, którzy bezskutecznie próbowali się przeprawić przez Wisłę. Jakaś łączniczka, która poprzedniego dnia przepłynęła wpław na Pragę i stamtąd wróciła, miała ich zaprowadzić w umówione z berlingowcami miejsce, w którym na wycofujących się z Warszawy powstańców miały czekać łodzie i przeprawić ich przez rzekę. Dlatego Wisłę pokrywała sztuczna mgła. Jednak musieli wrócić znad Wisły, bo nie udało im się spotkać żadnych łodzi. Potem mówiono, że prawdopodobnie pomylono punkt kontaktowy, w którym miało nastąpić spotkanie. Łączniczka była podobno dobrą pływaczką, ale nie znała Żoliborza. Teraz ci wszyscy ludzie tłoczyli się w ogródku Tosi, a właściwie w ogródku państwa Glińskich, i zastanawiali się, co dalej robić. Był wśród nich mąż pani Święcickiej, porucznik Tytus, który dowodził jednym z oddziałów AK-owskich na Żoliborzu. Znałem go stąd, że kwaterowałem w jego mieszkaniu na czwartej kolonii. Tytus podszedł do mnie i powiedział: “Marek, nie ma rady, idę do niewoli. Dam ci opaskę i AK-owską legitymację. Pójdź z nami”. Zapytałem go tylko, czy mi zagwarantuje, że nikt z jego ludzi, kiedy będziemy przechodzić do Niemców, nie wskaże mnie i nie powie, że jestem Żydem. “Nie, tego ci nie zagwarantuję”. “Wobec tego dziękuję, ja zostaję”, odpowiedziałem.
Powoli podwórko pustoszało. I zaczęli się schodzić nasi. Byłem już ja i Celina. Przyszli Antek, Zygmunt Warman z Marysią, Zosia Skrzeszewska z rannym Julkiem Rutkowskim i jeszcze parę osób. Tosia powiedziała, że u państwa Glińskich w piwnicy jest regał zastawiony słoikami z przetworami na zimę, a za tym regałem następna, niewidoczna piwnica z kuchnią do gotowania i prania, i że tam można się schować. I tak zrobiliśmy. Witek, nasz dowódca, również tam z nami poszedł, bo na zabój kochał się w Andzi Elenbogen. I tam się nad ranem zamknęliśmy. Chyba każdy z uczestników tej kryjówki nieraz opisał nasze tam przejścia. Niemcy budowali bunkier obronny w jednej z piwnic w sąsiedztwie i zaminowywali okolicę. A my, mając Niemców za sąsiadów, przetrwaliśmy tam z różnymi przygodami do 15 listopada. Tego dnia dotarła do nas z całym patrolem Ala. Musiała do nas przejść przez pole minowe, więc mądrala zdjęła buty, żeby mina nie wybuchła. Jakoś jej się to udało, a że szczęście jej nie opuszczało, trafiła na przerwę obiadową u Niemców, którzy zostawili robotę i udali się na posiłek, a my mogliśmy wyjść z naszej kryjówki.
To wszystko, co mi zostało, takie strzępki pamięci. Ludzie, którym to opowiadałem, pytali, czy to wszystko jest prawda. Tak, prawda. Toczka w toczkę. Koniec, kropka. Więcej już nic.
Spisała Paula Sawicka 1 i 3 VIII 2008

Lascia un comento

 

 

 

Puoi usare questi tag

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>