Print This Post Print This Post

La Polonia e (il suo) est: (non solo) politica estera

Jagiellończycy kontra piastowszczycy?
Marcin Wojciechowski, Gazeta Wyborcza 2009-10-15
Czy ocieplenie naszych stosunków z Moskwą nie odbywa się za cenę pogorszenia związków z Kijowem, spowolnienia aktywności na Białorusi i wycofania z Kaukazu? Witamy “jagiellończyków”! – tak były dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Bartłomiej Sienkiewicz przywitał publicystkę Bogumiłę Berdychowską i mnie kilka dni temu przy wejściu na debatę o polskiej polityce zagranicznej w warszawskiej Fundacji Batorego.  — VEDI: Zmiany w Europie i na świecie a polska polityka zagraniczna, 8 października 2009, Dyskusja z udziałem Radosława Sikorskiego (Minister Spraw Zagranicznych RP) oraz Marka A. Cichockiego (Centrum Europejskie Natolin), Romana Kuźniara (Instytut Stosunków Międzynarodowych, Uniwersytet Warszawski) i Bartłomieja Sienkiewicza. Debatę poprowadził Aleksander Smolar (prezes Fundacji im. Stefana Batorego).
Opublikowany półtora miesiąca temu w “Gazecie” artykuł szefa MSZ Radosława Sikorskiego, by kształtując polską politykę wschodnią, wreszcie “porzucić ideę jagiellonizmu”, wywołał żywą dyskusję, a nawet polemiki. Wzbudził pytania, co jest owym “jagiellonizmem” i czy rzeczywiście warto z nim się żegnać. Kazał się także zastanowić osobom interesującym się polityką wschodnią, czy są “jagiellończykami”, czy też nie. A jeśli nie, to kim?
Mirosław Czech pisał w “Gazecie”, że jeśli za “jagiellonizm” uznamy idee Jerzego Giedroycia i jego “Kultury” paryskiej o konieczności utrzymywania jak najlepszych stosunków z Ukrainą, Litwą i Białorusią, traktowania tych państw jak najbardziej podmiotowo, a przy tym szukania dróg normalizacji stosunków z Rosją, to chyba Sikorski przesadził albo wyraził się nieprecyzyjnie. Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski zapewniał w “Gazecie”, że wspieranie ruchów demokratycznych na Białorusi oraz umacnianie demokracji i prozachodnich aspiracji Ukrainy nadal pozostaje priorytetem obecnych władz. Z kolei były premier Leszek Miller wzywał, by przewartościować ideę Giedroycia “nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy, bo dziś bezpieczeństwa Polski broni NATO i członkostwo w UE”, a nie sojusz z Kijowem. Zaś marszałek Senatu Bogdan Borusewicz stwierdził w wywiadzie dla “Gazety”: “Nie można poprawiać stosunków z jednym sąsiadem [Rosją] za cenę pogorszenia z innym [np. Ukrainą]”.
Dyskusja wywołana po tekście Sikorskiego w “Gazecie” była na tyle silna, że włączyły się w nią “Tygodnik Powszechny” i “Rzeczpospolita”, a podczas wspomnianej już debaty o polityce zagranicznej w Fundacji Batorego szef MSZ w zasadzie wyłącznie mówił o polityce wschodniej, pewne tezy swego artykułu łagodząc, a inne przedstawiając nieco ostrzej.
Sikorski stał się zmyć wrażenie, że jego tekst był zapowiedzią, czy też wręcz suchą konstatacją mniejszego zaangażowania Polski nad Dnieprem. Wyliczył chyba wszystko, co rząd PO zrobił w ciągu dwóch lat dla Ukrainy (zmniejszenie opłat wizowych, umowa o małym ruchu granicznym, ożywiony dialog polityczny, wsparcie w negocjowaniu przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z UE), by odrzucić argument, że między Warszawą a Kijowem zapanował chłód, na co zwracają uwagę eksperci i komentatorzy.
Minister sporo mówił o polskiej aktywności na Białorusi (dialog z Łukaszenką, wciągnięcie Mińska do Partnerstwa Wschodniego, powstrzymanie represji wobec białoruskich Polaków), a nawet w Mołdawii, gdzie rzeczywiście Sikorski odegrał pozytywną rolę w czasie wyborów parlamentarnych latem, które doprowadziły w końcu do kompromisu między rządzącą od ośmiu lat Partią Komunistyczną i opozycją. Ta po kilku miesiącach klinczu w powtórzonych wyborach zdobyła większość. Sikorski mówił także o aktywności Polski w Gruzji, choć to raczej gest, bo w porównaniu z ogromnym zaangażowaniem (nie zawsze przemyślanym) PiS i prezydenta Kaczyńskiego polska dyplomacja jest na Kaukazie znacznie mniej aktywna.
Najwięcej emocji wzbudza kluczowe pytanie polskiej polityki wschodniej, czy ocieplenie stosunków z Moskwą nie odbywa się za cenę pogorszenia (odpuszczenia sobie) związków z Kijowem, spowolnienia aktywności na Białorusi i wycofania się z Kaukazu.
Argument Sikorskiego, że główną przyczyną osłabienia intensywności kontaktów z Ukrainą jest kryzys polityczny i gospodarczy nad Dnieprem oraz zbliżające się tam wybory prezydenckie, jest prawdziwy. Pytanie tylko, czy rząd i polska dyplomacja zrobili wszystko, by wykorzystać te możliwości, które są? Czy poza kontaktami politycznymi prowadzone są projekty kierowane do zwykłych ludzi, czy Polska robi coś, by nie tylko zaistnieć politycznie nad Dnieprem, ale realnie wesprzeć proeuropejską modernizację w tym kraj?
Moim zdaniem robi sporo, ale nie wszystko. Świadczy o tym choćby podział przyznawanych przez MSZ środków pomocowych na 2010 r., z których większość przeznaczymy dla Afganistanu, 40 mln złotych dla Białorusi, a tylko 14 mln dla Ukrainy. Afganistan zostawmy, bo toczy się tam wojna z udziałem polskich żołnierzy. Ale biorąc pod uwagę, że Białoruś ma cztery razy mniej obywateli niż Ukraina, proporcje przyznania tak wielkiej pomocy dla Mińska są więcej niż dziwne.
Polska dyplomacja – mam nadzieję, że nie minister Sikorski – cierpi na wyraźny brak wiary, że chaos na Ukrainie kiedyś się skończy. Pytanie, jak wygląda dialog naszej dyplomacji z głównymi pretendentami do prezydentury nad Dnieprem: premier Julią Tymoszenko i byłym premierem Wiktorem Janukowyczem. Czy są gotowe warianty polskiej współpracy z każdym z nich, czy są szykowane scenariusze, czym ich skusić, by nie stali się mniej propolscy niż odchodzący prezydent Wiktor Juszczenko? Czy wreszcie ktoś spróbował poważnie wysondować, jakiej pomocy na forum UE oczekiwaliby od Polski główni kandydaci na fotel ukraińskiej głowy państwa w przyszłym roku? Może zresztą warto ich w jakiś sposób skusić do przyjazdu do Polski jeszcze przed wyborami, by nie tylko mogli zaprezentować się polskiej opinii publicznej, ale przede wszystkim przekonali się o życzliwości Warszawy, niezależnie od tego, kto zdobędzie władzę w Kijowie.
Mam wrażenie, że nikt w gmachu MSZ nie myśli w tych kategoriach. A przyjęta przez rząd PO-PSL formuła “dzielimy się z Ukrainą naszym doświadczeniem europejskim” to znakomity pretekst, by nie robić innych ponadstandardowych rzeczy, za pomocą których buduje się stosunki dwustronne z partnerem, na którym nam zależy.
Inaczej odbywało się to w latach 90., zwłaszcza w czasie prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. To prawda, że stosunki polsko-ukraińskie opierały się wtedy głównie na przyjaźni Kwaśniewskiego z Leonidem Kuczmą, ale dała ona duży impuls, by stały się one żywe na niemal wszystkich szczeblach. Przede wszystkim społeczeństwa obydwu krajów dostawały od swych przywódców wyraźny sygnał, że Polska i Ukraina są dla siebie ważne. Dziś – mam wrażenie – jest to powtarzane rytualnie i bez wiary w prawdziwość tych słów. A nawet, jeśli mówią to Wiktor Juszczenko i Lech Kaczyński, to ze względu na niską popularność obu polityków ich słowa na nikim nie robią wrażenia.
Jeden z dyplomatów kształtujących obecnie polską politykę wschodnią z lekceważeniem a zarazem lubością nazywa dawny styl Kwaśniewskiego wobec Ukrainy “polityczną przybyszewszczyzną” (picie wódki, bratanie się, używanie symboli). Ale taki styl przyniósł konkretne korzyści w trakcie europejskiej mediacji podczas pomarańczowej rewolucji. Zgadzam się, że ukraińscy politycy pewnie dogadaliby się pięć lat temu sami, ale udział Polski przyspieszył ten proces, a na pewno wzmocnił nasze notowania zarówno nad Dnieprem, jak i w Brukseli oraz sprawił, że Moskwa zaczęła poważnie (może nawet na wyrost) oceniać pozycję Polski w regionie. Dlatego nie rozumiem, czemu schładzając kontakty z Ukrainą, unikając w nich wymiaru osobisto-symbolicznego, pozbywamy się atutu, który kiedyś może się przydać. Polityka zagraniczna powinna się przecież opierać na długofalowej strategii.
Przywołany przez Sikorskiego “jagiellonizm” nie powinien być dziś pojmowany prymitywnie, czyli dokładnie tak jak w latach 30. Wtedy część elit uznała, że “jagiellonizm” to międzynarodowa misja Polski polegająca na współpracy z tymi państwami i narodami, z którymi wiązała nas przeszłość oraz wspólne niebezpieczeństwo. Nietrudno zgadnąć, że było to wymierzone przeciwko sowieckiej Rosji, tak samo jak polityka prometejska piłsudczyków, czyli działania na rzecz rozbicia ZSRR poprzez wspieranie aspiracji narodów zamieszkujących imperium.
Mam wrażenie, że mimo upływu ponad 70 lat niektórzy politycy PiS i z otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego nadal uważają, że obie koncepcje są aktualne i nic się na świecie nie zmieniło. Otóż, powiedzmy sobie jasno, że cel prometejczyków osiągnięto już w 1991 r., i to pokojowo, rękami samych Rosjan i innych narodów b. ZSRR.
Zresztą sam Jerzy Giedroyc, w latach 30. gorliwy wyznawca jagiellonizmu i prometeizmu, w latach 90. zastrzegał, że normalizacja i historyczne pojednanie Polaków i Rosjan jest celem równie ważnym, jak wspieranie mniejszych narodów między Polską a Rosją. Problem w tym, że każdy bierze z Giedroycia i “Kultury” paryskiej to, co mu akurat w danej chwili pasuje. Dlatego podział na “jagiellończyków” i “niejagellończyków” (jak ich w ogóle nazwać, “piastowszczyków”?) wydaje mi się zupełnie nietrafny.
Polska potrzebuje jednej i aktywnej polityki wschodniej złożonej z dwóch pozornie tylko sprzecznych ze sobą nurtów: niesłabnącej obecności na Ukrainie, Białorusi, Mołdawii oraz w innych krajach objętych Partnerstwem Wschodnim, ale także w Kazachstanie oraz starań o jak najlepsze, normalne, równoprawne stosunki z Rosją.
———-
Fundacja Batorego od kilku lat organizuje spotkania poświęcone priorytetom polskiej polityki zagranicznej z udziałem urzędującego ministra spraw zagranicznych. Zapisy wcześniejszych spotkań można znaleźć na naszej stronie www: Polska w świecie – wyzwania, dokonania, zagrożenia (2003) [PDF 233 KB], Polska polityka zagraniczna: kontynuacja czy zerwanie? (2004) [PDF 402 KB], Ciągłość i zmiana w polityce zagranicznej RP (2005) [PDF 458 KB], Polska i świat (2007) [PDF 574 KB].

Lascia un comento

 

 

 

Puoi usare questi tag

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>